Marchewka Tomasz – Ostatnia sztuka Tadeusa Voldta

2 out of 5 stars (2 / 5)
Niestety moje nadzieje, na to, że w drugim tomie świat zostanie rozbudowany, a czytelnik dostanie kilka wyjaśnień bardzo szybko okazały się płonne. Dostajemy innych bohaterów i inną historię. Tylko miasto jest to samo i jest tak samo niedopowiedziane jak w pierwszej części.
Tym razem fabuła bardzo mocno kojarzy się z Vabankiem, co jest dosyć oczywistym skojarzeniem, biorąc pod uwagę intrygę obejmującą bank i kasę pancerną. Tytułowy Tadeus Voldt też dziwnie się kojarzy z Kwinto. Reszta towarzystwa – naiwne dziewczę i jej trochę nieogarnięty przyjaciel – są niezłym dodatkiem i mają zdecydowanie bardziej rozbudowaną i wyraźniejszą historię niż bohaterowie z pierwszego tomu. Są też zdecydowanie bardziej sympatyczni. Intryga również działa lepiej – jest klimat, przygotowania są ciekawe, a akcja przez większość czasu toczy się do przodu w przyzwoitym tempie. Nie ma też tylu retrospekcji i nadmiarowych postaci. Dalej trochę brakuje rozbudowy świata, szerszego kontekstu i paru wyjaśnień.
Niestety im bliżej finału, tym bardziej tempo zwalnia, klimat się rozmywa i jak króliki z kapelusza pojawiają się wcześniej poznane postacie – bez żadnych wyjaśnień, za to z poważną dziurą fabularno-czasową w życiorysie. Profesor, podobnie jak w poprzednim tomie, jest tajemniczy do kwadratu, ale mamy uwierzyć, że wszystko może, mimo że uparcie nie robi jednej rzeczy, którą zdecydowanie zrobić powinien. I to już lata temu.
Ostatnią sztukę czytało się lepiej niż Wszyscy patrzyli, nikt nie widział – sympatyczniejsi bohaterowie, lepsze tempo, więcej klimatu. Ale pomijając już fakt, że tego typu historie jednak lepiej wypadają na ekranie, problemy z poprzedniego tomu wracają razem z bohaterami. Zbyt wiele istotnych rzeczy jest niedopowiedzianych, zbyt dużo drobnych zgrzytów, żeby je zignorować, a całość jest sympatyczną, ale oderwaną od świata historyjką, która wpłynie tylko na głównych zainteresowanych. Co nie byłoby aż takie złe, jeśli wykonanie byłoby w stanie utrzymać uwagę i zainteresowanie czytelnika, a tak niestety nie jest. Seryjne ziewanie na sensacji samo w sobie jest wystarczającą recenzją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *