
(2 / 5) Zawsze trochę obawiam się czytania debiutanckich powieści. Głównie dlatego, że w czasach self publishingu szansa trafienia na tzw. ksiopko wzrosła w sposób dramatyczny. (Co prawda, jako koszmarny komentator powinnam się cieszyć z zalewu chał, bo zdecydowanie łatwiej je recenzować, ale uwierzcie mi, czytanie takich „wypracowań” na dłuższą metę bywa traumatyczne).
Wracając jednak do pierwszego tomu cyklu Odrodzenia – choć jest to debiut i da się to wyczuć jednak opowieść ma potencjał i nie przesłoni tego nawet spora liczba kalk i zapożyczeń. Czytaj dalej »

(4 / 5) I oto mamy ciąg dalszy historii o Bolesławie Śmiałym, zwanym też Szczodrym, jednym z najbardziej nietuzinkowych i kontrowersyjnych władców Polski. Godnym następcy swojego wielkiego dziada, Chrobrego. Historia rozwija się niespiesznie i bez zaskoczeń. Bo i cóż może nas tu zaskoczyć? Wszak wszyscy znamy tę historię. No, przynajmniej znamy jej oficjalną wersję, lansowaną przez Kadłubka i kościół katolicki. 




(2,5 / 5) Nie ma to jak mieć wśród znajomych fanów powieści Sarah Maas. Stały dopływ tomiszcz zapewniony :). Tomiszcz, bo autorka jeńców nie bierze i powieść poniżej 400 stron u niej w zasadzie nie istnieje. Żeby była jasność – nie narzekam.
(1 / 5) Trzecia i jak się okazało, bynajmniej nie ostatnia część opowieści o kotce Burbur, jej synalku Pedro i ich wielce nieudanych ludziach. Opowieści niestety tak „udanej” , że tydzień po przeczytaniu nie bardzo potrafiłam sobie przypomnieć o czym to było. Po prostu rozochocona autorka naupychała do fabuły, co się tylko dało. W efekcie wyszedł misz -masz przepotężny, ni to kryminał, ni to obyczajówka, ni to komedia omyłek ni to opowieść absurdu. Żeby więc Wam cokolwiek o tej książce napisać, musiałam sięgnąć po nią jeszcze raz. Ajej. To bolało. 
(3 / 5) Skrytobójcę zaczęłam czytać po serii wyjątkowo nieudanych książek, takich w których szwankowało wszystko, od logiki poczynając na polszczyźnie kończąc. Nic zatem dziwnego, że Uczeń Skrytobójcy wprawił mnie w świetny nastrój. Czemu? Bo to po prostu fantasy w starym dobrym stylu. Coś bez naleciałości Harrego Pottera, bohatera z syndromem kopciuszka, czy rozpychającej się na kartach opowieści Mary Sue przekonanej o swojej niebywałej zajefajności, +10 do każdego oddechu. No i książka napisana jest porządną polszczyzną, bez równoważników zdań. Ba, to książka nad którą najwyraźniej pochylił się korektor! Ani jednej literówki! Na 500 stronach!