Gołkowski Michał – Spiżowy gniew (dwugłos)

Jestem mocno sceptycznie nastawiona do wielotomowych serii fantasy. A kiedy już na wstępie wiem, że seria będzie miała siedem tomów (jak się szybko okazuje, to więcej, bo część będzie w kilku kawałkach), to z jednej strony doceniam ostrzeżenie ze strony wydawnictwa, a z drugiej – nie zachęca mnie to jakoś bardzo do czytania. Jednak licząc trochę na jakiś szalony wynalazek w rodzaju Komornika, postanowiłam zaryzykować.
Jeśli chodzi o szalone pomysły autora, to zawiodłam się na całej linii. Jeśli chodzi o oryginalność, to niestety też. Dostajemy sztampową do bólu, absolutnie nijaką krainę fantasy, sprowadzoną do dwóch, równie sztampowych i nijakich, królestw. Ot, taka epoka brązu trochę zalatująca Grecją, trochę Babilonem czy inną Mezopotamią, a trochę dowolną krainą fantasy, która ma w sąsiedztwie przerośniętą piaskownicę.
Wszyscy bohaterowie są równie sztampowi co kraina – nudni, przewidywalni, płynący z prądem, archetypiczni wręcz. Mamy rozkapryszoną księżniczkę, zazdrosnego i żądnego władzy księcia, starego, mądrego władcę, tajemniczego wędrowca i nieogarniętego skrybę. Ci dwaj ostatni to przypadki szczególne. Autor chyba chce, żeby czytelnik polubił skrybę, bo dostaje on sporo czasu antenowego, ale od czasu do czasu nie kojarzy faktów i dostaje sklerozy, mimo że niby inteligentny jest i większość życia siedzi z nosem w papirusach czy innych pergaminach. No ale czego się nie robi w imię ekspozycji. Wędrowiec to z kolei nasz główny bohater – Zahred. Który jest tak enigmatyczny, że aż nijaki. I jak wprowadzenie postaci było świetne, tak potem przestaje ona intrygować, a jej cele są słabo czytelne. Niby czegoś możemy się domyślać, niby czegoś się dowiadujemy, ale przez nadmiar tajemniczości trudno czuć do Zahreda jakiekolwiek emocje. I o ile w momencie, kiedy jeszcze nie wiemy o co chodzi dość trudno mu kibicować, tak potem równie trudno życzyć mu, żeby plany się powiodły (bądź nie powiodły, w zależności od sympatii czytelnika).
Niby cały czas coś się dzieje, niby jest jakaś intryga, ale trudno mi było się w tą intrygę wciągnąć w tym mocno nijakim świecie. Całe szczęście całość jest napisana lekko i potoczyście – można bezproblemowo płynąć z tekstem, rejestrując od czasu do czasu jakąś potyczkę czy jakiś spisek, i dopłynąć do finału.
Mimo mojego marudzenia, nie uważam tej książki za złą, ale zdecydowanie spodziewałam się lepszej. Nie znajdziemy tu ani abstrakcyjnie szalonych pomysłów z Komornika, ani akcji, czy detali mocno zmieniających świat jak w Stalowych Szczurach. Ot, taki odgrzewany kotlet heroic fantasy. Sprawnie napisany, sympatyczny do czytania, ale niczym nie różniący się od setek innych książek gatunku. Gorzej nawet – kotlet na tyle nijaki i niedoprawiony, że nie zostaje po nim w pamięci nic poza toposem.


Zgadzam się z przedmówczynią, że książka sztampowa do bólu trzonowców. Fakt, sprawnie napisana, no ale czego innego podziewać się po  tak doświadczonym i niezłym autorze. Do motywów już znanych dorzuciłabym jeszcze wyprawę do zaginionego miasta. Nie wiem jak Lashanie, mnie się kojarzyła bardzo mocno z Pustynną włócznią.  Co do samej fabuły – mnie  niestety momentami nudziła, momentami nużyła, a momentami usypiała. Żaden z bohaterów nie sprawił, że serce zabiło żywiej. Ot, historia bez.. historii. Dlatego ucieszyłam się widząc, że ktoś inny wziął na siebie trud recenzowania tej książki. Bo mnie recenzowanie Spiżowego gniewu nieodmiennie kojarzy się z recenzowaniem kiepskiego obiadu: “co było na obiad? Zupa i drugie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *