Gołkowski Michał – Bogowie pustyni

Mimo braku zachwytów nad pierwszym tomem postanowiłam sięgnąć po drugi i dać tej serii szansę. Co prawda wiadomość, że trzeci tom ma aktualnie trzy tomy była trochę odstraszająca, ale stwierdziłam że zaryzykuję.
Początek jest nawet sympatyczny. Znów Zahred pojawia się znikąd, jednak tym razem ląduje w zdecydowanie ciekawszych dekoracjach. Zamiast archetypicznej i niedopisanej krainy tym razem dostajemy Nil i fragmenty starożytnego Egiptu. Jest to rzadko spotykana lokalizacja i autor trochę bardziej ją opisuje, pokazując nam od czasu do czasu różne scenki rodzajowe – a to rolnicy męczący się z nawadnianiem, a to kapłani błogosławiący pola, a to wycieczka po mieście. Potem niestety dostajemy… dokładnie to samo, co w pierwszym tomie, tylko w innych dekoracjach. Które zresztą równie szybko okazują się być tylko dekoracjami, zapewniającymi jedynie trochę bardziej egzotyczną scenerię. Rozumiem, że ta kalka fabularna to był celowy zabieg, ale jeśli wszystkie siedem zapowiedzianych historii, to będzie siedem różnych scenerii dla takiej samej fabuły, to ja wysiadam.
Na dodatek wraz z powrotem do tej samej historii wracają te same problemy. Po pierwsze, niespecjalnie obchodzi nas która strona wygra – o żadnej nic nie wiemy. W tym tomie dodatkowo dochodzi powtarzalność – kolejne miasta, bitwy, strategie niewiele się od siebie różnią. Owszem, coś się dzieje, kartki przelatują przed oczami, ale wydarzenia nie wciągają, bo w sumie trudno kibicować którejkolwiek ze stron. Po drugie – bohaterowie. Wszyscy tak samo sztampowi, nijacy i marionetkowi jak w pierwszym tomie. I tak jak w pierwszym tomie będący tłem dla poczynań głównego bohatera. Jest co prawda kandydat, może nawet dwóch, na bardziej wyrazistą postać, ale są potraktowani mocno po macoszemu i nie mają szansy zostać czymkolwiek innym niż cieniem Zahreda. Sam Zahred jest równie irytująco nijaki przez swoją tajemniczość jak poprzednio. I żadna z postaci drugoplanowych znów nie jest w stanie odciągnąć naszej uwagi od tego faktu.
Dostajemy tu więcej potyczek i akcji niż w tomie pierwszym i ciekawszą scenerię. Ale też fabułę, którą już gdzieś widzieliśmy, przez co całość wydaje się być bardziej nudna i jeszcze mniej wciągająca niż pierwszy tom. I tym razem nawet styl autora tego nie równoważy – chociaż mam wrażenie, że jest nawet ciut lepszy niż w poprzednim tomie. Czyta się potoczyście i bezboleśnie, ale płynięcie przez 700 stron tekstu szybko zaczyna być męczące.
Nie jest to zła książka. Ba, czytałam wiele dużo, dużo gorszych. Niestety ma wszystkie wady poprzedniego tomu, plus jest to trochę autoplagiat. I po autorze jednak spodziewałam się czegoś dużo lepszego. Ja pozostałe tomy sobie daruję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *