
(2 / 5)
Przerabianie klasycznych baśni, mitów i legend jest ostatnio modne. Efekty są różne – czasem świetne jak u T. Kingfisher, czasem kiepskie jak w Gild. Tym razem mamy przeróbkę Kopciuszka, która wyszła… tak sobie.
Mam nieodparte wrażenie, że część autorów zapomina o tym, że fantastyka i baśnie (lub legendy) rządzą się jednak trochę innymi prawami. Baśnie mogą się dziać w królestwie za górami za lasami, książę ma być czarujący i więcej cech nie potrzebuje, a to, czy królestwo ma sąsiadów i działającą ekonomię, nikogo nie interesuje. I taką konwencją świetnie się bawi Shrek i T. Kingfisher. Ale im bardziej realistyczny wydaje się świat, tym więcej… cóż… realizmu czytelnik oczekuje. No, przynajmniej taki upierdliwy czytelnik jak ja. I kiedy autor umieści akcję w świecie odpowiadającym bardziej temu, co mamy za oknem, niż w baśni, i będzie się trzymał pewnych detali, a potem nagle oprze się na niedopowiedzeniach i baśniowości, to całość będzie mocno zgrzytać.
I to jest właśnie główny problem Cinder. Z jednej strony autorka umieszcza Kopciuszka w świecie cyberpunku. W Pekinie. W przyszłości na tyle dalekiej, że Ziemia jest skonfliktowana z Księżycem.
I super – jest powiew świeżości, jest trochę klasycznych motywów gatunku, jest ciekawy pomysł, historia bohaterki jest w to wszystko ładnie wpleciona. Początek zaskakuje bardzo pozytywnie.
A potem pojawia się książę – przystojny i szlachetny – oraz władczyni Księżyca, Levana – zła i przerysowana tak bardzo, że w porównaniu z nią dowolna kałuża jest pełna głębi. I trochę zaczyna zgrzytać. Tym bardziej, że dla kontrastu mamy Cinder i jej macochę, które są dobrze napisane i przemyślane. Podobnie jest ze światem – autorka tworzy w świecie potrzebną jej fabularnie sytuację i działa to całkiem dobrze. Problem w tym, że nagle wszystko przechodzi w baśniowy konflikt i z horyzontu znika cała reszta tego świata. O tym, że jesteśmy w Azji, świadczą głównie imiona bohaterów – nie ma ani kultury, ani klimatu, ani nawet wzmianek o tym, że po demolce geopolitycznej, jaką przeszedł świat, coś się w tym kontekście zmieniło. Mamy wspomniany już konflikt – napędzany manią Levany, co w sumie jest ciekawym pomysłem, ale nie do końca wiemy, na czym ten konflikt polega (wojna celna? jakieś desanty? machanie szabelką na postrach?). Wiemy, że Księżycowi mają jakieś moce, ale nie wiemy nie tylko skąd się wzięły, ale też nie wiemy, jak wpływa na nich ziemska grawitacja. Ale w sumie po co nam grawitacja, w końcu jesteśmy w baśni…
Drugim problemem przerabiania klasyki jest przewidywalność. Z dość oczywistych powodów. I jak pierwsza część książki (może jedna trzecia) dzięki dodatkom wprowadzonym przez autorkę i budowie świata całkiem skutecznie tego unika, tak im dalej w fabułę, tym gorzej – i to nie tylko jeśli chodzi o przewidywalność. Nowe, autorskie elementy przestają się pojawiać, a te już znane usuwają się na dalszy plan. Jednak większym problemem jest to, że zakończenie, które znamy od początku, przeczy logice fabuły i kompletnie nie zgrywa się z tym, co chce i co powinna zrobić Cinder – bohaterka, z której autorka zrobiła logiczną i trzeźwo myślącą mechaniczkę. Więc żeby finał się zgadzał, dzieją się rzeczy… dziwne. Część „rewelacji”, które da się przewidzieć od momentu pierwszej wzmianki w fabule, zostaje ujawniona, wywołując głównie ziewanie. Logika zostaje wygnana z kraju. A niektóre rzeczy rozwiązują się deus ex machina, bo inaczej się nie dało. A jedyną osobą zdziwioną całą sytuacją jest bohaterka.
Trochę szkoda, bo było tu kilka fajnych zmian, trochę ciekawych pomysłów autorki i chwilami naprawdę niezłe wykonanie. Może to po prostu kwestia debiutu, bo internety twierdzą, że jest to najgorszy tom serii, ale całość mnie nie przekonała i pozostałe części raczej sobie daruję.