Marchewka Tomasz – Wszyscy patrzyli, nikt nie widział

2 out of 5 stars (2 / 5)
Hausenberg to miasto szulerów, złodziei i kanciarzy. Jest to też miasto Slavy, młodego karciarza, który chce się wyróżnić, a to miasto z chęcią da mu do tego okazję, jeśli nie będzie się bał zaryzykować.
Hausenberg to również miasto całkowicie puste, w którym żyją tylko kieszonkowcy, szulerzy i kanciarze. I właściciele przybytków – karcianych bądź łóżkowych. I tylko tacy, którzy są bohaterami książki. Poza tym hula wiatr. Jednak jest to naprawdę najmniejszy z problemów tego świata.
Zdecydowanie większym jest fakt, że książka jest napisana jak scenariusz filmowy, w sposób, który absolutnie się nie sprawdza w klasycznej prozie. I to na wielu poziomach – konstrukcji fabuły, budowy bohaterów i opisów.
Autor skacze między bohaterami, od retrospekcji do retrospekcji, od współczesności do retrospekcji i na odwrót, co skutecznie wprowadza chaos w narracji. Do tego stopnia, że chwilami nie wiadomo, którego z bohaterów obserwujemy. Jest to bardzo filmowy montaż, który w literaturze po prostu nie działa.
Również filmowe jest wprowadzenie nadmiaru nieistotnych bohaterów – w filmie byliby mocno epizodyczni i trzecioplanowi, w powieści są trochę niepotrzebni. Zresztą i bez tego jest tu zdecydowanie za wiele nieistotnych, zbyt tajemniczych postaci. I nadmiar nieistotnych, martwych statystów, którymi czytelnik się nie przejmuje, bo nie miał okazji ich poznać.
Postacie bardziej istotne są wyjątkowo pozbawione charakteru albo antypatyczne, czego Slava jest świetnym przykładem. Zamiast kibicować egotycznemu, zapatrzonemu w siebie narcyzowi naprawdę liczyłam na to, że ktoś mniej lub bardziej dosłownie skopie mu zadek.
Postaci kobiecych w sumie nie stwierdzono, kobiety są do umilania krajobrazu albo do grzania łóżka. I tyle. Nawet nie będę tego komentować.
Filmowe są też opisy, a w sumie ich brak. Miałam nieodparte wrażenie, że w którymś momencie autora znudziło opisywanie czegokolwiek i po prostu przestał to robić. I to do tego stopnia, że niektórych rzeczy istotnych dla fabuły nigdy się nie dowiadujemy, zaczynając od tego kim są Rekiny i co tak naprawdę mogą. Brak informacji osiąga poziom legend miejskich – wszyscy coś szepczą po kątach, ale w sumie nikt nic nie wie.
Żaden poziom filmowości tekstu ani żadna liczba filmowych chwytów, nie zmienią faktu, że historie o kartach, ulicznych walkach i przekrętach najczęściej lepiej się ogłada niż czyta. I jako odcinek serialu historia Slavy mogłaby wypaść całkiem dobrze. Książkowo wypada kiepsko, bo gra się niby toczy, trup ściele się gęsto, chaos za wszelką cenę próbuje udawać napięcie i suspens, a czytelnik ziewa. I nie obchodzi go ani los bohaterów, ani to, że logika już dawno spadła z dachu, bo w sumie nie wie o co ani dlaczego toczy się gra, ani czemu mamy kibicować bohaterowi, który raczej dla dobra świata przedstawionego powinien szybko zniknąć.
Wynudziłam się straszliwie na tej intrydze, jednak mimo wszystko sięgnę po drugi tom, bo trochę pozytywów też się znajdzie. Przede wszystkim jest klimat – bardzo specyficzny, trochę zahaczający o steampunk, trochę o heist movies. Jest fajny slang i niezłe dialogi (chociaż nie ma ich zbyt wiele). Są sugestie, że w mieście dzieje się więcej niż widzi czytelnik i że kanciarze toczą jakieś intrygi poza kadrem. I mam nadzieję, że coś z tego dostaniemy w drugim tomie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *