Matyszczak Marta – Taka tragedia w Tałtach (Kryminał z pazurem t.2) – dwugłos

2 out of 5 stars (2 / 5) „Tragedia…” jest formalnie drugą częścią trylogii – bo po niej jest jeszcze jedna część tej opowieści. Dłuższy czas mi zabrało, żeby zacząć ją czytać, bo wrażenia po pierwszej części rewelacyjne nie były, o czym tu pisałem.
A dlaczego uważam, że druga cześć nawiązuje do pierwszej tylko formalnie? Dlatego, że niby część bohaterów pozostała, ich „mroczne tajemnice nadal rzucają długi cień” (oczywiście na skalę tej „metropolii” po sezonie), kotka Burbur też niby ta sama – a jednak książka jest już zupełnie o czym innym. Tym razem – jak to się ładnie mówi w korpo – triggerem jest morderstwo na imprezie zorganizowanej w posiadłości przebrzmiałego nieco gwiazdora discopolo dla jego starych kolegów, z których jednym się w życiu powiodło, a innym – nie bardzo. Oczywiści nikt nic nie wie, nikt nic nie słyszał, a w ogóle to wszyscy w okolicy byli pijani. A kluczowy dowód jest w rękach weterynarki Rozalii – tak, tej samej rozhisteryzowanej bohaterki poprzedniej części. Tyle tylko, że ona nie może nikomu powiedzieć, że była w stosownym miejscu, by go zdobyć, bo absolutnie nie powinno jej tam być. Autorka tym razem pisze sprawniej, narracja jest trochę szybsza, niż w rozwleklej pierwszej części. Być może jest tak, że uwolniła się nieco od kanonów wpojonych w szkole pisania i pisze bardziej swobodnie. Co nie znaczy, ze nie przerysowuje – nadal to robi, znów posługuje się stereotypami i kalkami.
Współnarratorka, czyli kotka Burbur, zmieniła tylko miejsce prowadzenia pazurzastego pamiętniczka – z tylnej części fotela na wewnętrzną stronę drzwi szafki. No, może jeszcze trochę mniej wspomina swoją przeszłość bezpańskiej kotki ze stodoły, ale generalnie cały czas mówi to samo, a my to już znamy niemal na pamięć. Świat celebrytów – byłych, aktualnych i zapomnianych – został za to przedstawiony w sposób godny jakiegoś Pudelka czy podobnego portalu, a porte parole Autorki jest tu dziennikarzyna typu  paparazzi, który ma ambicję przygotować wielki temat z życia gwiazd, tyle tylko że nie ma z czego ulepić szlagierowego tytułu. Aż do rzeczonego zabójstwa, bo choć najzwyklejsze w świecie, da się to sprzedać i będzie się klikać jako TAKA TRAGEDIA W TAŁTACH.

I jeszcze jedna rzecz – w tej opowieści pojawia się Ślązak (telefonicznie) oraz, co ważniejsze – tercet śląskich sióstr. No właśnie – ten śląski język, podawany przez Autorkę, a raczej jego karykatura….. raczej bym nie polecił tej książki znajomym Ślązakom. Podsumowując – nic specjalnie odkrywczego, choć opowieść trochę lepsza niż „Mamy morderstwo w Mikołajkach”. W pociągu z Katowic można przeczytać, czemu nie – a potem oddać do biblioteki, może komuś się bardziej spodoba.

———————————————————————————————————————————————————————–  by K. Wal

Kolejną opowieść o pani weterynarz  i jej przemądrzałej kocicy zmęczyliśmy już dość dawno temu, ale jakoś żadne z nas nie miało weny, żeby się zmierzyć z recenzją. Powody macie opisane powyżej. ja dorzucę tylko, że prócz języka śląskawego, kocicy której odzywki znamy prawie na pamięć i kompletnie niestrawnej głównej bohaterki, mamy jeszcze całą masę zdarzeń i splotów przypadków, których prawdopodobieństwo zdarzenia wynosi tak 0,5 %.  Ale na plus trzeba dodać, że autorka wyraźnie się rozwija i zaczyna szukać własnej ścieżki. Trzymam kciuki, żeby się udało.

A na razie czeka na czytanie tom trzeci…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *