[ usr 1,7] W poszukiwaniu następczyni nieodżałowanej Joanny Chmielewskiej sięgnęłam po książkę Iwony Banach. Zachęciły mnie do tego recenzje znajomych zaśmiewających się do łez w trakcie lektury. Nie ukrywam, że złapałam pozycję pierwszą z brzegu, bez jakiegoś poszukiwania, czy analizy. Ot, wpadła w ręce to czytamy. I, sądząc po komentarzach, to był spory błąd.Najwyraźniej trafiłam na jakiś mniej udany tytuł, bo o ile na początku istotnie parę razy poplułam się kawą, o tyle im głębiej w fabułę, tym mniej było śmiechu, a więcej zażenowania. Ale zacznijmy od początku. Autorka zabiera nas na oną wieś, gdzie jak wiadomo najważniejsze są stosunki sąsiedzkie i wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Ba, taka wiedza jest nad wyraz pożądana, upragniona i często funkcjonuje jako towar w stosunkach sąsiedzkich. Ja ci o kościelnym, ty mi o piekarzowej, a sklepowa to ma dobrze bo wie wszystko o wszystkich. Ot, polskie piekiełko. autorce jednak było tego najwyraźniej mało, bowiem w jedno piekiełko, wplata drugie piekiełko. Piekiełko domu spokojnej starości w wersji delux. A zamieszkujący ten przybytek silversi wcale nie mają zamiaru starzeć się godnie i schodzić cicho z tego padołu łez. W starych piecach diabeł nie tylko pali, ale wręcz hajcuje na całego. Staruszkowie są żwawi, nieźle obeznani z technologią i niejeden marketingowiec mógłby im pomysłów pozazdrościć (ach, te wpisy na Facebooku!). W takim to otoczeniu żyje sobie nasza bohaterka, aktualnie lecząca serce złamane przez kochasia co to w siną dal. I znosząca fochy i dąsy córki, która jakoś nie może przełknąć, że jej własna mamusia zamiast zajmować się ukochanym wnuczęciem i umożliwiać tym samym rzeczonej córce zasłużony po trudach macierzyństwa wypoczynek na Malediwach pakuje się w romans! Z facetem, który może na spadek dybie!. Nie zapomnijmy dodać, że córa pracą się nie splamiła, dziecko wychowuje wedle najnowszych pomysłów rodem Internetu, a im pomysł głupszy, tym chętniej wciela go w życie. Takich bohaterów – przerysowanych, strasznych i zarazem śmiesznych jest w książce pod dostatkiem, aż do przesytu i zanudzenia.. Na początku śmieszą, później niestety jedynie nużą i irytują. Zaś jedyna w miarę „normalna ” postać na tle tej galerii dziwadeł jest bezbarwna, nijaka i odstająca od reszty w sposób wręcz groteskowy. A intryga kryminalna? Oczywiście jest! I tu muszę przyznać, jest nieźle zapętlona. Dość powiedzieć, że bardzo długo nie mogłam się połapać, kto u licha zabił, kogo i dlaczego. Brawa dla autorki, bo zazwyczaj rozgryzam zagadki dość szybko. Nie da się ukryć, że panujący w książce klimat absurdu i złośliwej kpiny dość skutecznie utrudniał wykrycie sprawcy mordu. Wszak oprócz mylnych tropów i delikatnych śladów trzeba się jeszcze było przekopać przez specyficzny banachowski klimacik.
No dobrze, a czemu taka niska ocena? Za przesadę. Autorka jest wnikliwą obserwatorką życia, a przy tym złośliwą i lubującą się w przerysowaniach bardzo grubą krechą kreślonych, więc większość dialogów, jest śmieszno – straszna. Co gorsza mamy świadomość, że takie egzemplarze jak sportretowane w powieści naprawdę się w społeczeństwie plączą i wcale nie są takie znowu rzadkie. Jedna taka scena na książkę byłaby świetna. Drugą da się wytrzymać. Trzecia budzi lekki niesmak, a przy czwartej ma się już zwyczajnie dość. Przy piątej zaczyna dominować niesmak i zażenowanie. Przy szóstej…. no właśnie. W dodatku część z nich to wariacja na ten sam temat. Kudy temu do Chmielewskiej, która potrafiła drwić z przywar bliźnich nie obrażając ani postaci ani czytelników.
Czy sięgnę po kolejną powieść złośliwej autorki? Chyba tak. Chcę się przekonać, czy naprawdę miałam takiego pecha z wyborem….