Campbell Jack – Bezlitosny. Zaginiona Flota tom 5


0.5 out of 5 stars (0,5 / 5)
Dawno mi się nie zdarzyło sprawdzać, już po rozpoczęciu lektury, czy aby na pewno sięgnęłam po właściwy tom. Tu mi się zdarzyło i to parę razy.
Pierwsze sceny są tak bardzo bez sensu, biorąc po uwagę zakończenie poprzedniego tomu, że przez dłuższą chwilę byłam przekonana, że pomyliłam kolejność. Niestety za każdym razem okazywało się, że to nie mój błąd, tylko skleroza autora, który zapomniał co napisał tom wcześniej. Dzięki temu nasz główny bohater popada w depresję, desperację i ma dylematy egzystencjalne, które są kompletnie bez sensu, bo już zostały w poprzednim tomie rozwiązane. Ot taki trwający przez bez mała pięćdziesiąt stron zanik pamięci.
Kolejną nowością, którą dostajemy w tym tomie, jest zmiana charakteru kapitan Desjani, która nagle głupieje. Bo inaczej tego nazwać nie można. Pani kapitan nigdy nie przepadała za drugą bohaterką prawie pierwszoplanową (prawie, bo i tak zawsze najważniejszy jest Geary) – współprezydent Rione. Ale ich cicha wrogość miała sporo sensu i podłoża politycznego. Była jasna, sensowna i zrozumiała. I pani kapitan, do tej pory zawsze profesjonalna, posuwa się nagle do chamstwa. Wbijania szpilek i darcia paszczy. I gdzieś się ulatnia charakter silnej, profesjonalnej wojskowej. Bo przecież dwie głupie baby będą się kłócić o faceta, niezależnie od stanowiska i charakteru, bo to baby są. I rzeczony facet będzie je musiał uspokajać. Facepalm. Jest to tak głupie, tak sprzeczne z charakterem postaci, że trudno to skomentować. Zakładam, że autor chciał jakoś pokazać eskalację konfliktu i poszedł po linii najmniejszego oporu.
Zresztą nie tylko w tym przypadku – wszystkie drobne poboczne wątki są zamykane w przygotowaniu na wielki finał. I niestety rozwiązywane są również po linii najmniejszego oporu, nie do końca zgodnie z jakąkolwiek logiką.
Podobnie odbywa się zamiatanie pod dywan niepotrzebnych już bohaterów – tym razem, jeszcze wyraźniej niż w poprzednich tomach, giną tylko ci, którzy zginąć powinni.
Czytając wcześniejsze części miałam wrażenie, że mam do czynienia z niezbyt dobrym i mocno powtarzalnym serialem science fiction. Każdy tom był jak kolejny odcinek z dużą liczbą powtarzających się motywów, ale był też dobrą odskocznią po pracy, w sam raz na wieczorną lekturę, która nie wymaga angażowania zbyt dużej ilości szarych komórek. Bohaterowie byli mi obojętni, akcja pozornie toczyła się wartko, ale tak naprawdę nie ruszała z miejsca, a niektóre rozwiązania były mocno wątpliwe, ale można było na nie przymknąć oko. W Bezlitosnym ilość bezsensownych rozwiązań, nagłej sklerozy bohaterów i zmian ich charakterów przekracza wszelkie normy. A fabularnie – dalej dzieje się niewiele. Równie dobrze można by tego tomu nie czytać lub zamiast tego przeczytać po raz kolejny którykolwiek z poprzednich – wrażenia byłyby dość podobne. Chociaż nie, irytacji byłoby zdecydowanie mniej.
Bezlitosny jest najgorszym tomem z serii – nie dość, że zawiera wszystkie jej wady i je uwypukla, to jeszcze pojawia się w nim kilka nowych. A większość jest związaną z zamykaniem wątków, tak jakby nie dało się ich rozwiązać inaczej, bądź wcześniej. W końcu te cztery poprzednie tomy mogły się na coś przydać.
W sumie niewiele straciłam za pierwszym podejściem kończąc lekturę na trzecim tomie, bo tomy czwarty i piąty ani nie wnoszą niczego nowego, ani nie wpływają pozytywnie na opinię o całości serii, raczej wręcz przeciwnie.
Dobrnę do końca i przeczytam ostatni tom, ale fenomenu całości i popularności serii kompletnie nie rozumiem i raczej nie zakładam, żeby w ostatnim tomie pojawiła się seria literackich fajerwerków, dzięki którym nagle zapałam zachwytem do całej Zaginionej Floty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *