
(1 / 5)
Lektura Zło-ta była momentami bolesna (o tym za chwilę), a momentami trochę przygnębiająca. Jakby ta książka miała dobrą korektę, upierdliwego i znającego się na SF redaktora, który by nie tylko poznęcał się nad tekstem, ale też powstrzymałby niektóre zapędy autora, wyszłoby z tego naprawdę dobre, militarne science fiction. Może nie na poziomie Zajdla, ale dobrej książki z niezłym pomysłem. Zamiast tego czytelnik dostał produkt książkopodobny, pełen kwiatków wszelakich.
Sama warstwa językowa woła o pomstę do nieba i wszystkich muz. Nie dość, że dialogi mają zapis taki, jakby nikt zajmujący się wydaniem tego „dzieua” żadnej książki na oczy nie widział. Nie dość, że gramatyka jest co najmniej wątpliwa, a przecinki najwyraźniej same się poprzestawiały w losowe miejsca, to jeszcze stylistyka sprawia, że zęby same zgrzytają. Radosne bzdury dotyczące astronomii, które chyba miały dodawać klimatu i prawdopodobieństwa fabule sprawiają, że nie wiadomo czy popłakać się ze śmiechu, czy rzucić książką o ścianę. Szkoda, że nikomu się reaserchu zrobić nie chciało albo chociaż użyć Googla.
I żeby nie było, że przesadzam, oto cytacik, a nawet kilka: „wracał do świata świadomego”, „możliwość do awansów na płaszczyźnie politycznej, do której się szykował”. Albo „gwiazda główna typu ziemskiego”. Że jakiego? I że Ziemia jest gwiazdą, tak? A teraz uwaga: „biały karzeł także był w posiadaniu planet, obie skaliste, z tym że pierwsza dość duża, składająca się z pierwiastków ciężkich raczej nigdy nie miała atmosfery, a druga ewidentnie rdzeń gazowego giganta, z którego biały karzeł zdmuchnął otoczkę gazu, pozostawiając jądro złożone głównie z pierwiastków lekkich”. A teraz pozwolicie, że pójdę sobie powyć w kątku…
Po pierwsze – tak, jest to jedno zdanie i to na dodatek nie całe. A po drugie – kiedy gwiazda przechodzi z ciągu głównego diagramu H-R i zostaje czerwonym olbrzymem, o czym autor ewidentnie zapomniał… dobra, nieważne. Tłumaczenie byłoby dłuższe niż cała recenzja. W skrócie – ani jedno stwierdzenie z tego cytatu, naprawdę ani jedno, nie jest poprawne. Zakładając oczywiście, że mówimy o znanej nam astronomii, co w sumie nie jest takie pewne, bo po tej galaktyce pałętają się takie kosmiczne rasy jak elfy, wampiry, diabły, demony, reptilianie i krasnale. A te krasnale, to te sikające do mleka, czy te kopiące w Morii? Tak z ciekawości bym chciała wiedzieć, bo pozostałych tomów czytać nie będę.
Wszystkie rasy są najczęściej wymieniane jednym tchem i zostały tak nazwane przez tajemniczych Wedan, których jesteśmy spadkobiercami. Aha… a Wedanie, to przepraszam, w co wierzyli? Albo może wpłynęli jakoś z nudów na ziemską religię? Czy to jednak jakieś dziwne tłumaczenie z alienowego na nasze było?
A teraz najlepsze – kosmosem rządzą Polacy. I jak już zawiesimy niewiarę, że po odkryciu odpowiedniej technologii udało się nam nie kłócić wystarczająco długo, żeby zająć spory i bardzo intratny kawał kosmosu, to całkiem fajnie się to czyta. Mamy Księstwo Cieszyńskie, planetę Katowice, Uniwersytet Śląski (byłam bardzo zawiedziona, że na śląskich planetach nie ma ślonskiej godki) i generalnie całe państwo godne Star Trekowej Federacji.
Kiedy już zaciśniemy zęby, przymkniemy oczy i jakoś przebijemy się przez bzdury astronomiczne i język polski, który bywa – nomen omen – kosmiczny to dostajemy całkiem niezłą historię. Co prawda napędzaną „starożytną technologią obcych”, ale to jestem jakoś w stanie przeżyć.
Akcja ma niezłe tempo, w intrygę można uwierzyć, a w tle czai się zagrożenie podnoszące stawkę. Bohaterowie nie są tylko kartonowymi wycinankami i można ich polubić (przynajmniej tych, których polubić mamy), a autor zmienia planety i perspektywy całkiem sprawnie i bez wprowadzania bezsensownego chaosu. Polska kosmiczna nie sprowadza się do machania szabelką i huzarskimi skrzydłami w bogobojnym uniesieniu, gdzie wszyscy są kryształowymi rycerzami bez skazy i zmazy, tylko jest całkiem na serio i całkiem z sensem napisanym wieloplanetarnym krajem. Historia wciąga na tyle, że gdyby nie ta gramatyka, to miałabym ochotę sięgnąć po kolejny tom. A tak pozostaje tylko zapytać: ”gdzie, do cholery, była redakcja?!”