Gołkowski Michał – Stalowe szczury. Tom 2. Chwała

Pierwszy tom pochłonęłam jednym tchem, na dodatek zakończenie zapowiadało spore zmiany w tomie drugim, więc czym prędzej po niego sięgnęłam. I zazgrzytało… niestety nie był to tylko zgrzyt olinowania sterowca.
Przez Błoto można się było, nomen omen, prześlizgnąć, tymczasem Chwała mnie nie wciągnęła. A Flammender Ruhmpłomiennej chwały blask, zamiast za sobą porwać irytował. Całość czytałam na trzy razy, przetykając innymi książkami i wracałam z dużą niechęcią. Przy tym wcale nie dlatego, że jest to zła książka; pod wieloma względami jest nawet lepsza niż pierwszy tom, jest też kompletnie inna.
Z jednej strony części tych zmian można się było spodziewać już w pierwszym tomie, a część jest logiczną konsekwencją wydarzeń, ale zamiast okopów, artylerii i błota dostajemy lotnictwo. Z pełnym dobrodziejstwem inwentarza – zaczynając od szkolenia załogi, która nie ma o lataniu zielonego pojęcia. I tu był jeden z pierwszych zgrzytów – bo w drugim tomie zdecydowanie się nie spodziewałam unitarki. Jedyny plus to to, że mamy okazję trochę lepiej poznać niektórych bohaterów i zobaczyć czemu według żołnierzy pan kapitan stąpa po wodzie (chociaż takich przebłysków było nadal za mało, by to przekonanie w pełni uzasadnić). Drugi dodatek, dobrze łączący się z powrotem Reinhardta do stopnia kapitana, to dodanie intryg na oficerskich stanowiskach i podgryzanie się wzajemnie różnych gałęzi służb mundurowych. Znowu jest to zmiana sensowna, logiczna, ale trochę zgrzytająca – intrygi są zdecydowanie najmniej wciągającą częścią fabuły, z najmniej ciekawymi postaciami. I jakoś ich obecność nie jest w stanie zrównoważyć ani braku akcji na froncie, ani zmiany perspektywy z frontowej na sztabową.
Akcji – w porównaniu z pierwszym tomem – jest niewiele. Sporo się dzieje na początku książki, a potem trzeba przeczekać szkolenia, intrygi i retrospekcje w oczekiwaniu na bardzo filmowy wielki finał. I właśnie z tego powodu powtarzający się jak refren przez oba tomy Flammender Ruhm tak mnie irytował – było dużo mówienia o nim, a niewiele pokazywania. Chociaż trzeba przyznać, że kiedy akcja rozgrywa się w powietrzu dostajemy świetny klimat, dobrze opisane reakcje załogi i prawie da się usłyszeć świst wiatru. I może to był największy problem – w porównaniu ze świetnymi scenami akcji reszta wypada bardzo blado.
Dostajemy książkę zdecydowanie inną niż tom pierwszy, pod wieloma względami lepszą, ale jednak gorszą w odbiorze. Albo ja po prostu kiepsko trawię wojnę na okrętach, które nie latają w przestrzeni kosmicznej. Z sięgnięciem po kolejny tom zdecydowanie poczekam, chociaż ciekawią mnie dalsze losy resztek oddziału, więc pewnie kiedyś po niego sięgnę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *