Sława wraca do Starego Deszczyna w poczuciu porażki i zamiast cieszyć się na spotkanie z ukochaną babcią raczej wolałaby się przed nią ukryć. Na dodatek mieszkańcy miasteczka zachowują się co najmniej dziwnie, a spotkanie znajomych z dzieciństwa, czyli Kristal i Bambiego, pozwala znaleźć część odpowiedzi, ale też mnoży kolejne pytania. A pytania dotyczące takich kwestii jak: czemu po mieście biegają krwiożercze kiwi i czemu chodnik mówi, raczej nie należą do najprostszych.
Przy lekturze naszły mnie dwie refleksje. Pierwsza była dość prosta i oczywista: nie lubię cozy fantasy. Nie jest to odkrycie jakoś bardzo rewolucyjne. Jak najczęściej nie życzę źle bohaterom powieści (no dobra, znalazłoby się tu kilka… naście wyjątków), tak zdecydowanie wolę, kiedy pojawia się nuta niebezpieczeństwa i niepewności, i jakiś choćby symboliczny konflikt. Kiedy wszyscy są sympatyczni, miziaści i bezpieczni zaczynam się błyskawicznie nudzić, choćby nawet bohaterowie rozwiązywali zagadkę stulecia owinięci w puchate kocyki.
Co prawda spotkanie z cosy fantasy w wersji Marty Kisiel potwierdza moją teorię, że autorka byłaby w stanie bawiąc się językiem i absurdami napisać nawet ciekawą książkę telefoniczną, dzięki czemu, mimo lekkiego znudzenia fabułą i zirytowania bohaterami, bawiłam się całkiem nieźle.
Druga refleksja, która powracała od czasu do czasu, dotyczyła samej książki i można ją podsumować stwierdzeniem, że jest to gatunek: fantasy porypane. Jeżu kolczasty, nie wiem co czytam!, ewentualnie: borze szumiący, ratunku! – w zależności od czytanej sceny. Jest to porypane, fińskie, podlane craftowym piwem, okadzone bigosem, absurdalne… coś. W dodatku jako ścieżkę dźwiękową ma latynoski pop. Absurd goni absurd, a każdy z pomysłów jest jeszcze bardziej odjechany, porypany i niewiarygodny. Trochę jakby się czytało Kołodziejczaka i jego polskie elfy walczące z balrogami za pomocą ryngrafów i relikwii, tylko w wersji humorystyczno-puchato-detektywistycznej.
Momentami lektura, mimo humoru, aż prosiła się o wspomagacz, bo opary absurdu zaczynały być trochę zbyt duszące. Co prawda (zresztą też jak u Kołodziejczaka), mimo odjechanych i absurdalnych pomysłów, całość jest wewnętrznie spójna, jednak zdecydowanie nie jest to książka dla czytelników uczulonych na dziwne pomysły, pomieszane mitologie i jadący mocno po bandzie, doprawiony absurdem humor.
W Drace najbardziej przeszkadzali mi bohaterowie – trochę za bardzo naszkicowani, trochę za bardzo stereotypowi. I przede wszystkim trochę nudni i nijacy, zwłaszcza w zestawieniu z wydarzeniami. Jako chodzące archetypy bohaterów też sprawdzali się gorzej niż na przykład rodzina Tereski z Dywanu z wkładką.
Bawiłam się nieźle, parsknęłam śmiechem kilka razy, ale zdecydowanie więcej razy miałam ochotę strzelić się książką w czoło lub krzyknąć WTF! Do Draki zdecydowanie wracać nie będę i to nie tylko dlatego, że kiedy znamy już wszystkie absurdy i wszystkie tajemnice lektura straciłaby cały urok. Jest to zdecydowanie książka z gatunku: gorąco… ostrzegam. Bo można się bawić świetnie, a można też przeżyć bardzo solidne zderzenie ze ścianą, w zależności od czytelniczej wytrzymałości i rozciągliwości poczucia humoru.