Kobylarczyk Katarzyna – Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

1.5 out of 5 stars (1,5 / 5)
Skuszona opisem i wydawnictwem, które nie ma w zwyczaju wypuszczać baboli, sięgnęłam po książkę o tematyce, którą normalnie raczej bym się nie zainteresowała. Pierwszy rozdział potwierdzał, że trafiłam na lekturę, gdzie będzie się roić od lekko abstrakcyjnych i ciekawych historii. I mocno egzotycznych tradycji dziejących się tuż za miedzą (no prawie za miedzą). Święta podczas których ludzie obrzucają się martwymi szczurami albo dla odmiany landrynkami? Hiszpańskie fiesty zdecydowanie zapowiadały się ciekawie.
Niestety na pierwszym rozdziale się skończyło. Szumnie zapowiadane fiesty szybko zostały ograniczone do nieźle opisanej wojny landrynkowej i jednego dłuższego tekstu o gonitwach z bykami w Pampelunie. Fallas w Walencji zostały przedstawione tak, że po kilku pytaniach do wujka googla mocno się zdziwiłam wyglądem konstrukcji podpalanych na fieście. Cała reszta książki to króciutkie opisy podróży autorki po Hiszpanii, mające chyba oddawać klimat wąskich uliczek, starych wiosek i otaczającej je pustki. Teksty mocno blogowe, często o niczym – niedojechaniu na fiestę, zgubieniu się gdzieś – niepogłębiające tematu. Autorka czasem komentuje własną niewiedzę stwierdzeniem “lepiej nie pytać” lub “nie warto pytać”. Wszystkie sceny to tylko obserwacje, dość płytkie zresztą. Nie oczekuję od razu bogatego rysu historycznego i historii festiwalu przez wieki, ale często autorka sama przyznaje, że nie wie co zastanie na miejscu. Więc jak ma zadać odpowiednie pytania, jeśli nie wie co się dzieje? A, no tak, przecież “lepiej nie pytać”.
Styl też jest mocno blogowy, chaotyczny, niezbyt bogaty literacko i okraszony królewskim “my” nie tylko w opisach, ale też w dialogach, co momentami wygląda na tajemniczą świadomość zbiorową albo na wypowiadanie kwestii zgodnym chórem. I jak można się domyślać, że autorka sama po bezdrożach Hiszpanii nie jeździ, tak owi “my” nie są ani nigdzie wyjaśnieni, ani wspomniani wprost, przez co liczba mnoga nie tylko wygląda dziwnie, ale jest też mocno irytująca.
Mało w tym wszystkim fiest, reporterskiej ciekawości, zagłębiania się w temat, zainteresowania historią czy choćby rozmów z ludźmi. Jeden jedyny tekst, który mógłby zostać uznany za reportaż jest zlepkiem kilku krótszych fragmentów, które i tak nie wyczerpują tematu.
Miało być o fiestach, jest o… niczym. Zdecydowanie odradzam.

One thought on “Kobylarczyk Katarzyna – Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

  1. O, dobrze ze trafiłam na tę recenzję. Bo już sobie ostrzyłam zęby na te książkę, a tu wygląda, że kasy szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.