Ratkiewicz Eleonora – Tae ekkejr!

3.5 out of 5 stars (3,5 / 5)
Książę Lermett samotnie wyrusza z poselstwem do elfów. Pech i lawina sprawiają, że jednego z przedstawicieli rasy spotyka zdecydowanie szybciej niż by się spodziewał. Elfa nie tylko trzeba odratować, ale też połączyć z nim siły, żeby wydostać się z zasypanych lawiną gór.
Przez pierwszą część powieści bawiłam się świetnie. Autorka bardziej postawiła na relacje między bohaterami niż na akcję, ale wyjątkowo nie oznaczało to, że jest nudno.
Lermett i Eneari wiedzą co nieco o kulturze drugiej strony, za wszelką cenę starają się też przypadkowego towarzysza nie urazić i za każdym razem popełniają wszystkie możliwe błędy. I połączenie tych chęci, przemyśleń bohaterów, którzy starają się ze wszystkich sił, oraz skutków ich decyzji wyszło autorce świetnie. I mimo lekkiego tonu udaje się jej wywołać sporo pytań o porozumienie – skoro szkoleni książęta mają takie problemy z dogadaniem się z sąsiadem zza miedzy, to jak wyglądałyby rozmowy z kimś (lub czymś) bardziej obcym.
Potem już, niestety, nie jest tak ciekawie. Z książąt wychodzą chodzące ideały – co jest trochę uzasadnione, ale i tak dosyć trudne do przełknięcia. A z autorki wychodzi pasja do ubrań i kolorów – co prawda ubiór pasuje do epoki i miło jest poczytać o czymś innym niż kolczuga, czy inna zbroja płytowa, ale “sznurówka w tonacji sosnowej kory zmoczonej deszczem” to już lekka przesada. I nie tylko ta nieszczęsna sznurówka doczekała się takiego stopnia szczegółowości.
Fabuła tak bardzo skupia się na naszych bohaterach, że główna intryga dzieje się jakby obok. Trudno powiedzieć czy był to zamierzony zabieg, ale daje ciekawy efekt i dzięki niemu również główny czarny charakter jest postacią mocno poboczną. I całe szczęście, bo jest on tak disneyowsko mroczny, że za każdym razem gdy się pojawia prawie słychać “buahahaha” zza kadru.
Plus należy się też za pomysłowo rozwiązany “obowiązkowy” wątek romansowy.
Największą wadą są w sumie przekozaczone elfy – ich moce, umiejętności i zdolności wszelakie bez trudu przebijają Legolasa pokonującego grawitację we Władcy Pierścieni. I wszelkie inne literackie elfy czy inne rasy, i to z rękami zawiązanymi za plecami.
Przyjemne czytadełko – przez pierwszą połowę nawet bardzo, potem jest trochę gorzej, ale czytało się przyjemnie. Bohaterowie mimo nadmiaru zalet dają się lubić, a historia wciąga, chociaż do zbyt oryginalnych nie należy.
Z chęcią sięgnę po tom drugi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.