Tanya Huff – Cena krwi (dwugłos)

Za  książkę zabrałam się zachęcona serialem. Nie był on może szałowy, ale  na tyle oryginalny, że miałam ochotę sięgnąć po pierwowzór. Tym bardziej,  że wychodzę z założenia, że literatura zawsze coś traci przy  ekranizacji.
Vicky Nelson, kolejna twarda baba, złośliwa, kłótliwa i wredna. Tym razem nie  mag czy inna najemniczka tylko była policjantka, obecnie detektyw (czyli zawód mało oryginalny, ale dotychczas raczej zarezerwowany dla  bohaterów płci męskiej), która przypadkiem znajduje miejsce zbrodni. Dzięki temu wpada na swojego byłego partnera (z czego żadne z nich nie jest zadowolone), a jakby nieszczęść było mało to  jej  już i tak rozwalony świat, zaczyna sypać się jeszcze bardziej, kiedy nagle okazuje się, że rzeczywistość przestaje być znajoma, bo pojawiają się w niej nadprzyrodzone dodatki typu wampir. Do tego zjawia się Corrine – mistyczno-gotycka studentka,  która niezbyt pomaga Vicky w utrzymaniu resztek spokoju ducha.  A skoro  mamy do czynienia nie tylko z wampirem, ale też z innymi stworami rodem z horroru to znaczy, że większość akcji dzieje się w nocy.  A w nocy, z powodu choroby oczu, która zniszczyła jej karierę, Vicky  widzi jak przeciętny kret. Wszystko to w złośliwym i humorystycznym  opakowaniu; taka Buffy dla dorosłych w wersji czytanej. Przynajmniej  jeśli chodzi o oryginał, nie wiem co popełnił tłumacz w polskim wydaniu.  Oczywiście między serialem, a książką są pewne różnice. Mniej ( ku  mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazało się, że w pierwowzorze Henry  zajmuje się czym innym) lub bardziej istotne (wyraźniej  określone są relacje między bohaterami). W odcinku odpowiadającym  książce jest zdecydowanie mniej humoru, brakuje też ciągłych kłótni w  wykonaniu Vicky, a szkoda, bo jedno i drugie dodaje całości smaczku. Poza  tym nie tylko ze względu na to, że książka jest … hmm  detektywistycznym-urban fantasy jest to wydanie nietypowe, seria jest  ciekawostką głównie dlatego, że dzieje się w rodzimym mieście autorki czyli Toronto. Ja jakoś nie przypominam sobie nic innego rodem z  Kanady na polskim rynku.
Nie jest to lektura wysokich lotów, ale ze względu na nietypowe pochodzenie, ciekawych bohaterów i ekranizacje można się nią zainteresować. Tylko należy się spodziewać czegoś w bardziej w rodzaju Buffy niż Wywiadu z wampirem.
Na pewno zabiorę się za następne tomy, choćby tylko po to, żeby zobaczyć jak poradzili sobie z nimi scenarzyści.
Przeciętniak z plusem.

————————————————————————————————————– By Atisza ————————

Wbrew kolejności pierwszy tom serii   – Cenę Krwi udało mi się dopaść na samym końcu,  już po przeczytaniu  pozostałych dwóch książek.  Ot złośliwość losu, być może wpływająca wpływ na mój ogląd tego tomu.

Wracając jednak do „Ceny”. Zaczyna się jak klasyczny kryminał  klasy B –  na pierwszej stronie  ktoś kogoś morduje. Przypadkowo w tym samym czasie w okolicy przechodzi była policjant obecnie detektyw Vicki Nelson. I rzecz jasna pakuje się w sam środek awantury.  A my razem z nią. Potem jest jeszcze lepiej. Trup ściele się  ze średnią  szybkością jeden na 10 stron.  Pomiędzy czytaniem gazet i wkurzaniem się na pismaków, siebie oraz na swojego byłego policyjnego partnera,  pani detektyw zajmuje się głównie nachodzeniem swoich byłych kolegów  i wyciąganiem z nich informacji które  nie przedostały się do prasy.  Przy okazji dowiadujemy się, dlaczego  Vicky rzuciła swoją ukochaną pracę, oraz jakie stosunki łączą ja z jej byłym partnerem.  Wspomniana chwilę temu prasa  przedstawiona jest niemalże jako zło wcielone – to ona nakręca panikę w mieście i jest odpowiedzialna za to, że  w Toronto zaczyna się polowanie na wampiry.  Rzecz jasna taki stan rzeczy musiał zdenerwować  mieszkającego w  mieście wampira .  I tu musimy zadać sobie pytanie: czy naprawdę w Toronto mieszka tylko jeden wampir? A jeśli nie (a to właśnie sugerują nam myśli Henryka) –  to kolejne pytanie brzmi – czemu reszta zębatego  towarzystwa jakoś się nie denerwuje? Mają w nosie jak skończą?  Tak czy inaczej nasz nerwowy  wampir  niezmiernie poirytowany faktem,  że  jakiś byt paskudny po mieście hula i czarny PR reszcie zębaczy robi, wyrusza na własne łowy. A czytelnik już wie, że ta dwójca obowiązkowo się na siebie natknie i zawiąże sojusz. Dziwny to sojusz wymuszony okolicznościami: ona ma kłopoty ze wzrokiem i jest praktycznie ślepa w nocy, on nie może pojawiać się w dzień.  Do tego miejsca czyta się mniej więcej  dobrze.  Dalej dobrze być przestaje bowiem pani autorka wybiera jeden z trudniejszych zabiegów literackich – przedstawia nam osobę de facto odpowiedzialną  za  morderstwa.   Od tego momentu widzimy akcję z dwóch punktów widzenia – pani detektyw oraz osoby winnej całego zamieszania.  I ta osoba jest tak papierowa, sztuczna, nudna i nieprawdziwa, że kładzie na łopatki cały pomysł i resztę książki.  Jeśli do tego dodamy lekki sosik mistyczny , którym się autorce  nieopatrznie  czknęło (wizja wampira chroniącego figurę Matki Boskiej,  Boska interwencja uniemożliwiająca pojawienie się demona w święta wielkanocne)  to od połowy książki z czytadełka klasy B robi się czytadlisko klasy F jak fuj. Nie polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *