
(1,5 / 5)
Od razu się przyznam, że oceniam połowę książki, bo tylko tyle wytrzymałam. Na wszystkich bogów panteonu indyjskiego i kilku przyległych – jakie to było upiornie nudne.
Autorka zaczyna od początku świata, czyli od wczesnego dzieciństwa bohaterki. Pokazuje jej rodzinę, stosunki na dworze ojca i trochę sugeruje, że gdzieś indziej jest inaczej. Ten wstęp jest bardzo powolny, bardzo spokojny, tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Jednak Kaikeji i jej rodzeństwo są w stanie zaciekawić czytelnika.
Kiedy dostajemy element fantasy (dewów i bogów nie liczę tu jako fantasy), przez chwilę robi się nawet ciekawie i jest to naprawdę fajny (nawet jeśli nie szalenie nowatorski) pomysł, który na dodatek został dobrze wprowadzony do fabuły.
Niestety im Kaikeji jest starsza, tym bardziej ciągnie się historia; fabuła zamiast przyspieszać – zwalnia, zamiast pokazać jakieś stosunki polityczne między regionami, różnice kulturowe, interakcje z więcej niż tymi samymi trzema–czterema osobami, nie dostajemy nic. Nic się nie dzieje. Autorka katuje czytelnika rozważaniami Kaikeji i planami, które kobieta snuje, przeplatając to sążnistymi opisami… tych samych planów, tylko w innych okolicznościach. Na dodatek bohaterka ma lekką fiksację na punkcie pewnych tematów i myśli o nich dosyć często, co tym bardziej dobija czytelnika. Nie dzieje się w sumie nic – po stronach i całych rozdziałach planów i rozważań dostajemy kilka zdań o wykonaniu i efekcie. I tyle. Sytuacji nie poprawiają nawet dialogi, zwyczajnie dlatego, że po prostu ich nie ma.
Może konstrukcja tekstu miała bardziej przypominać epos, ale niewielu jest doświadczonych autorów, którzy byliby w stanie utrzymać uwagę czytelnika samymi opisami tego, co się dzieje w głowie bohaterki. I to przy fabule, która skupia się na dworskiej polityce i pogaduszkach między trzema żonami. Bo nawet nie można powiedzieć, że na intrygach dworskich, bo to sugerowałoby jakiś minimalny suspens.
Sytuacji ziewającego czytelnika nie poprawia ani klimat, ani świat. Klimatu najzwyczajniej w świecie nie ma. A świat to losowa kraina fantasy z dużą ilością mikro‑państewek, ciepłym klimatem i zamiłowaniem do koni. Hiszpania? Całość jest tak bardzo zeuropeizowana, że robi się absolutnie nijaka. Trudno powiedzieć, czy tak miało być, bo autorka stwierdziła, że przeciętny człowiek wywodzący się z kultury grecko‑rzymskiej (albo upraszczając – amerykańskiej) nie ogarnie, czy tak po prostu wyszło przy debiucie. Ale jakby nie imiona bohaterów, to nic by nie sugerowało, że jesteśmy w Indiach. Ot, pojawia się jedno święto – opisane jakimiś trzema zdaniami. I kilka potraw. I tyle.
Nie ma ani stylizacji językowej, ani większej ilości świąt, ani pokazania kultury, wspomnianych już różnic między regionami, nawet opisów strojów nie ma. O stosunkach między ludźmi nie wspominając – jakaś tytulatura? Zwracanie się do ludzi wewnątrz rodziny choćby współcześnie stosowanymi zwrotami? Jakieś przydomki chociaż? Cokolwiek?
Autorka chciała odwrócić role z eposu i zrobić z Kaikeji postać pozytywną. Cóż… wyszło jej aż za bardzo. Bohaterka jest zbyt idealna, przez co ciężko jej kibicować. I zbyt współczesna – do tego stopnia, że ewidentnie nie pasuje do swojego świata, i to wcale nie dlatego, że jej myślenie jest zbyt nowatorskie i rewolucyjne. Chwilami miałam wrażenie, że obserwuję kierowniczkę z korpo, która zastanawia się, co robi w fabule, a nie hinduską księżniczkę.
Do Kaikeji wracałam dwa razy, za każdym razem z dużą niechęcią, ale cały czas liczyłam, że może w końcu zacznie się coś dziać, kiedy w historii pojawi się Rama. I może wtedy fabuła w końcu ruszy do przodu, albo przynajmniej konflikt rzuci w końcu bohaterce jakieś sensowne kłody pod nogi i dzięki temu zrobi się ciut ciekawiej. Tjaa… uważajcie, czego sobie życzycie…
Rama pojawia się i znika w fabularnej próżni na lat dziewięć, tylko po to, żeby pojawić się ponownie jako absolutnie niestrawny, nieletni konserwatywny dewota. W tym momencie wymiękłam, bo epos eposem, a przeciwieństwa przeciwieństwami, ale… nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby chłopak zachowywał się w ten sposób – to raz. Dwa – do bohaterki idealnej, kryształowej i często się powtarzającej dostaliśmy irytującego dewotę – to już dla mnie trochę za dużo.
Tym bardziej, że konflikt, którego się spodziewałam, jest na razie tylko zapowiadany. Ja jednak nie będę na niego czekać. Losy trudnych do zniesienia bohaterów nie obchodzą mnie wcale, a już na pewno nie na tyle, żeby przebijać się przez kolejne 250 stron nudnego tekstu.
Kompletnie nie rozumiem zachwytów internetów nad tą książką. Ok – pomysł pokazania eposu z innej perspektywy i odwrócenia ról był ciekawy. Ale wykonanie skutecznie ten pomysł morduje, momentami ze szczególnym okrucieństwem.