Andre Norton, Rosemary Edghill – Cień Albionu (dwugłos)

Cien-Albionu

Angielska markiza Sara umiera. Głupi wypadek na przyjęciu doprowadził do choroby, powikłań i przekreślił przyszłości popularnej damy. Jednak Sara nie może umrzeć, bo przyrzekła Ludowi, że będzie go chronić, a takich przyrzeczeń trzeba dotrzymać, nawet na łożu śmierci. Dama wsiada więc ostatkiem sił do swojego powozu i gna na złamanie karku do magicznego kręgu, po to by Lud mógł ją podmienić na inną Sarę – Amerykankę z równoległej rzeczywistości, która zamiast urządzać bale i brylować w towarzystwie uczyła się od Indian jak strzelać z łuku i polować.

Do domu zdrowiejącej (i trochę odmienionej) markizy przybywa Wessex – jej oficjalny narzeczony. Nie przybył jednak w sprawach towarzyskich a służbowych – chce powstrzymać zabójcę, o którym dowiedział się podczas jednej ze swoich misji szpiegowskich. Razem z przyjacielem Ilją Kościuszko, polskim huzarem, starają się zapobiec morderstwu. Do tego mamy stada tajnych stowarzyszeń, Napoleona który zwalcza magiczny Lud, porwanie następcy tronu i, rzecz jasna, wielką miłość między bohaterami, którzy początkowo się nie znoszą.
Autorki tworzą alternatywną historię, ale służy ona tylko za barwne tło i pretekst do wprowadzenia postaci polskiego skrzydlatego huzara (skrzydełka całe szczęście ma klasycznie doczepiane, a nie przyrośnięte do pleców). Przyznaję, że jest to bardzo miły akcent, a Ilja jest ciekawą postacią, problem tylko w tym, że jest ona wzięta z powietrza, a reszta alternatywnej rzeczywistości szybko zostaje zapomniana. Do tego mamy pourywane wątki, magów deus ex machina, romanse zawiązane najwyraźniej dzięki mocy mocno pijanego Kupida (bo inaczej trudno je wytłumaczyć) i naiwność bohaterów – wszystkich i na całej linii.
Przeczytałam wszystkie książki Norton wydane w Polsce, razem zresztą ze znajomymi (w końcu jakoś wpadli na pomysł nadania mi takiego, a nie innego nicka), było to co prawda jakiś czas temu, i większość z tego pamiętam dość mgliście, ale Cień Albionu jest najgorszą powieścią Norton. Ever. Co prawda większość duetów autorskich, w których maczała palce, czytało się zdecydowanie gorzej niż twórczość własną Pierwszej Damy Fantasy (z wyjątkiem, oczywiście, tych z Mercedes Lackey), więc nie spodziewałam się nie wiadomo czego, ale aż takiej tragedii też się nie spodziewałam.
Wyjątkowy gniot

———————————————————————————————————————-by Atisza——————

Na dzieła pani Norton zasadzałam się wielokrotnie i bez powodzenia.  Zawsze było coś ciekawszego lub pilniejszego do przeczytania.  Tak więc do czasu „Cienia” udało mi się przeczytać jedną książkę tej autorki, złośliwością losu – akurat tę w której główną bohaterką była niejaka Lashana Elvenbane.   W taki to sposób zostałam uświadomiona w kwestii ksywki mojej kumpeli.  I ta właśnie kumpela, z sadystycznym uśmieszkiem na paszczęce wetknęła mi w garść „Cień Albionu” . Ponieważ znam już tę minę, więc po książce spodziewałam się  wszystkiego najgorszego.  A mimo to „Cień” zdołał mnie zaskoczyć, rzecz jasna in minus

Podmianę ludzi ze światów równoległych jeszcze jestem w stanie przełknąć. Intrygę z gatunku „zagubiłem się we własnej fabule, ratunku!” już nie.  Coś, ktoś, gdzieś, ale nikt naprawdę nie wie gdzie, po co, na co i dlaczego. Tajne organizacje, dwie realności, z których jedna bardzo starannie pilnuje tego co się dzieje  w drugiej, jakieś siatki szpiegowskie ni z gruszki ni z pietruszki,  totalna głupota głównych bohaterów, poparta ich koszmarną naiwnością oraz wstrząsającym brakiem spostrzegawczości, rwące się wątki, no halo kochani kto to pisał?!  Dziecię zbiegłe ze szkoły podstawowej?! Ale wszystko przebił…. polski huzar, o nad wyraz polskim imieniu Ilja!   Chwała pani Norton, że chociaż jedno polskie historyczne  nazwisko zna.  ( Chociaż nie wiem czy Ilja Skłodowski, albo  Kopernik „wchodziłby” mi lepiej …)  Imię wzięła co bardziej egzotycznie – słowiańskie, pal licho, że rosyjskie, ważniejsze żeby się anglojęzyczny czytelnik udławił własnym językiem i hurra mamy Polaka. Polacy, jak wiadomo to dziwolągi rzadkiej klasy, stworzyli taką jazdę co to skrzydła miała, więc ten ważny rys narodowy należy koniecznie wykorzystać. I w ten to sposób po fabule plącze nam się Ilia Kościuszko, polski huzar skrzydlaty w mundurze …. szwoleżera, robiąc w tejże fabule nieledwie za ciele dwugłowe bo poza tym akurat polskiej obecności fabuła nijak nie tłumaczy. Dobrze chociaż, że od czasu do czasu ściąga te skrzydła bo już pana szpiega który ze skrzydełkami hycka przez okno w pogoni za innym szpiegiem to moja wyobraźnia by nie wytrzymała. Angielska może  tak, wiadomo, po polakach można się spodziewać wszystkiego , nawet tego, że będą przesłuchiwali szpiega odziani w huzarskie skrzydełka i nie zdejmą ich nawet do pogoni po ciemnym parku.

Ratunku co za gniot.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *