Brooks Terry – Miecz Shannary (dwugłos)

miecz-shannaryKroniki Shannary czytałam pierwszy raz dawno temu, jak miałam fazę na zapoznanie się z klasykami. Klasykami fantastyki oczywiście.
Widać wtedy nie zrobiły na mnie wrażenia – pamiętałam mętnie jakiś świat postapo, jakieś półelfy, straszliwą nudę i to, że nie przebrnęłam przez całą trylogię. Jednak z okazji ekranizacji postanowiłam zrobić drugie podejście. Młodego, trochę naiwnego, chłopaka mieszkającego w spokojnej dolinie odwiedza tajemniczy druid. I zabiera go na wyprawę po legendarny artefakt, który ma odwrócić losy wojny. Z chłopakiem, na ochotnika, wyrusza jego najlepszy przyjaciel i przybrany brat, a po drodze do drużyny dołączają dwa elfy, krasnolud, jeden książę – świetny łowca, i drugi książę – wojownik i podróżnik.
Brzmi znajomo? Opis na skrzydełkach okładki zapowiada co prawda „liczne wątki Tolkienowskie”, ale te liczne wątki to jakieś niedopowiedzenie jest. W sumie Miecz Shannary ociera się o plagiat. Wyobraźcie sobie
Władcę pierścieni opisanego prostym językiem, z minimalną ilością opisów, fabułą bez żadnych wątków pobocznych i dialogami zastąpionymi „rozmawiali o”.
Bez trudu uda się tu znaleźć wszystkie ważniejsze wydarzenia z trylogii (początek wyprawy, spotkanie w karczmie, rozdzielenie drużyny, przejście przez Morię, Rohan, obronę w Helmowym jarze) i wszystkich bohaterów – Frodo, Sama, Gandalfa, Aragorna, Goluma, Nazgule. Naprawdę wymieniać można by długo.
Jest parę oryginalnych motywów – świat, mimo że fantasy, powstał po apokalipsie, lokalny Frodo – Shea jest półelfem, krasnoludy mają klaustrofobię, a Allanon (druid) jest ciut mroczniejszy niż Gandalf, jednak nie jest to coś, co by mocno wpływało na historię czy porównania z Tolkienem.
Postacie są ledwo zarysowane, podobnie jak świat, który co prawda ma jakiś potencjał, ale jest zbyt mocno przesłonięty Middlearth.
Czyta się strasznie, prosty, mało urozmaicony język, brak dialogów, schematyczne postacie, zero napięcia i to, że można przewidzieć wszystkie kolejne przygody bohaterów sprawiają, że można sobie szczękę od ziewania zwichnąć. Musiałam się zmuszać, żeby dobrnąć do końca, co nie było proste, tym bardziej że naprawdę trudno jest to czytać dłużej niż przez godzinę.
Miecz Shannary czytałam chyba z miesiąc, mimo że książka do grubych nie należy, ale między rozdziałami tego tak zwanego klasyka udało mi się przeczytać Tysiąc Imion i Silos – dwie solidne cegły i naprawdę każdy przerywnik był mile widziany.
Niby to klasyk, i co by nie mówić cykl Shannary ma obecnie 25 tomów, więc autor musiał kiedyś odejść od przepisywania Tolkiena, ale jeśli chodzi o
Miecz Shannary to jeśli ktoś widział/czytał Władcę pierścieni zanudzi się strasznie (pod innymi względami też trudno książkę polecić). Jeśli ktoś nie czytał to… polecam oryginał. 

P.S. Jeśli chodzi o serial, to jest on ekranizacją Kamieni Shannary – drugiej części cyklu.

—————————————————————————————————————————————– By Atisza

Choć recenzja Lashany nie zachęcała specjalnie do lektury, postanowiłam zmierzyć się z tym „wyzwaniem”, głównie dlatego, żeby przekonać się czy rzeczywiście pierwowzór literacki jest takim niebotycznym knotem jak serial który powstał na jego motywach ( a który moje otoczenie z upodobaniem nazywa „Karmienie Shoarmy”, obrzydzając mi skutecznie to danie).

Kochani, powiem krótko. To jest GNIOT. I zgadzam się całkowicie, że nie można tu mówić o „motywach tolkienowskich”. To jest niemalże przepisany Tolkien! W dodatku wersja zubożona językowo, stylistycznie, po części również fabularnie. Taki „Tolkien dla ubogich”. Zdumiewa mnie jedynie jak synek Tolkiena, bardzo wszak czuły na wszelkie zubażanie jego kiesy przepuścił fakt pojawienia się czegoś tak ocierającego się o plagiat?! Toż wygrałby proces w „abcugach”…  Wracając jednak do Mieczy Shannary – nieprzekonywujący papierowy świat, wtórni i potwornie nudni, schematyczni bohaterowie, logika która śpiewając kantyczki poszła na spacer. Krasnoludy z klaustrofobią?! Nie kupuję. Widziałam różne wywijasy z mitycznymi rasami, ale jeszcze żaden nie był tak pozbawiony logiki. Tu i tam w książce znajdziemy jakieś przebłyski samodzielnego pomyślunku, ale zbyt mało by wpłynęło na ocenę całości.

Podsumowując: Jeśli nie macie co zrobić z wolnym czasem – rozbierzcie się i popilnujcie ubrania. Ale w żadnym, powtarzam, żadnym przypadku nie łapcie się za tę „klasykę”. Jej lektura może skutkować koniecznością wizyty u chirurga szczękowego oraz trwałą alergią na wszystko co ma w tytule fantasy….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *