Castell de Sebastien – Wielkie płaszcze (T.1 Ostrze zdrajcy)

W przedmowie do cyklu autor wspomniał o swojej Matce,  która powiedziała mu kiedyś : „musimy zarabiać pieniądze a najłatwiej to robić pisząc powieści”. Jak widać Sebastien uwierzył swojej mamie i chwała mu za to.. Szkoda tylko, że przy okazji mama mu nie powiedziała, że pisanie książek to nie tylko techniczna umiejętność, ale również talent, coś co niektórzy nazywają iskrą bożą. I.. że nie każdy ją ma. W mojej opinii Sebastien De Castell ma warsztat, ale niestety, nie posiada rzeczonej iskry.Tom pierwszy opowieści o Wielkich płaszczach nużył mnie i nudził praktycznie od pierwszych stron. Nie przepadam za Trzema muszkieterami w ich oryginalnej Dumasowskiej postaci, zaś wariacja na ich temat w wykonaniu pana de Castell wypadła nad wyraz blado. Od samego początku, niemalże od pierwszych słów autor robi wszystko, żeby nam swoich bohaterów obrzydzić. Raz, że mielą w kółko ozorami, dwa, że cały czas przechwalają się jacy to są wspaniali i nadzwyczajni, jeden lepszy od drugiego.. no ludzie, czy to są rycerze, czy chłopaki w piaskownicy, którzy wciąż nie mogą dość do porozumienia który zrobił w piaseczku większą kałużę?! W dodatku już za moment okazuje się, iż te wybitne jednostki dają się wrobić w intrygę jak ostatnie wsiowe niedojdy. I to ma być królewska gwardia? Elita?! Nic dziwnego, że króla im zamordowano. Tu dochodzimy do kolejnego minusa powieści – powieści, bo sama już nie wiem, czy powinnam go zaliczyć na minus postaci, czy na minus fabule. Nasz główny bohater żyje „z głową odwróconą wstecz”. Cały czas rozpamiętuje to co było, poczynając od historii niemal ze wspomnianej piaskownicy, ( pozostałe dwa wielkie płaszcze okazują się bowiem faktycznie – chłopakami z tej samej wioski), przez wspomnienie swojej żony, po wspomnienia związane z królem. Zabieg niby zrozumiały, ostatecznie jakoś musimy poznać historię która doprowadziła bohatera do miejsca w którym się znalazł, ale czy naprawdę trzeba ją było podawać w taki rozwlekle łzawy sposób? Po trzeciej retrospektywie miałam serdecznie dość Falcio i całej książki.

Dołóżmy do tego manierę opisywania pojedynków w sposób przywodzący na myśl technologię slow motion, sprawiającą że pojedynek staje się w  zasadzie analizą techniczną sposobu walki obu stron, fascynującą tak, że oczy się same zamykają. Dołóżmy logikę  udającą się co i rusz na małą drzemkę,  żeby autor mógł znowu wyciągnąć bohatera z nieprawdopodobnej sytuacji.  Dołóżmy tempo akcji ciągle zwalniane przez kolejne retrospektywy. Dołóżmy papierowe dekoracje. Papierowych bohaterów drugiego planu. Kompletnie „od czapy” wzięte zakończenie z obowiązkową wielką bitwą dobrych ze złymi. Nieprzekonywującą intrygę… I mamy przepis na porażkę.

Może nie jest to największy gniot, jaki zdarzyło mi się przeczytać, ale niewątpliwie Ostrze zdrajcy posiada wszelkie cechy pozwalające umiejscowić go w 15 gniotów z dopiskiem – patentowany  środek nasenny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *