Chicot Marcos – Zabójstwo Pitagorasa

Zupę można ugotować „na gwoździu”, wrzucając do niej co tam się w kuchni plącze. Z książką niestety tak się nie da. Jeśli wpakujemy do niej za dużo, wyjdzie nam rzecz zgoła niestrawna. I tak niestety przydarzyło się autorowi Zabójstwa Pitagorasa. Napchał do książki mnóstwa rzeczy i zmęczył czytelnika do zdechu odbierając mu frajdę z czytania.No bo czego tu nie znajdziemy: jest intryga kryminalna, jest wątek filozoficzno – mistyczny, jest romans, jest intryga polityczna. Są nawet wypisy z encyklopedii, tłumaczące niektóre hasła. (Ale dlaczego użyto do tego encyklopedii z 1926 roku pozostanie dla mnie zagadką ) nad wszystkim unosi się duch wszystkowiedzącego narratora, który od czasu do czasu zapowiedziami tego co się stanie psuje czytelnikowi odbiór książki. Nie wiem jak was, mnie takie wzdychanie w stylu: bohater czegoś nie zrobił i potem będzie tego bardzo żałował, wybitnie denerwuje.

W trakcie lektury zastanawiałam się też wielokrotnie jaka idea przyświecała autorowi – czy chciał nam przybliżyć filozofię  i życie Pitagorejczyków, czy opowiedzieć mocno fabularyzowaną wersję poszukiwań wartości liczby pi, czy wprowadzić w pitagorejską mistykę czy może jeszcze coś innego. A może chciał wszystkiego na raz? Tak czy inaczej wyszedł mu miszmasz przepotężny.

Co gorsza z jednej strony mamy pitagorejskie wykłady o harmonii, kosmogonii i ezoteryce, z drugiej plastikowe postacie na papierowym tle. Nie przyciągali, nie intrygowali, nie śledziło się ich losów z zapartym tchem. Źli byli źli, dobrzy byli dobrzy. Nawet jeśli autor sugerował, że ten czy ów, ma coś tam za uszami, to robił to w taki sposób, że przyjmowało się tę informację, jak przydługie wywody matematyczno- mistyczno- filozoficzne – z ziewnięciem i wzruszeniem ramion. Co do samego Pitagorasa też nie mamy jasności. Z jednej strony autor przedstawia go jako osobę o potężnej mocy ( wnikanie do umysłów innych ludzi) z drugiej tak potężna istota potrzebuje pomocy prywatnego detektywa. No chwileczkę, to nie mógł się zamknąć w domu na powiedzmy tydzień i przeskanować umysły co bardziej podejrzanych uczniów? Detektyw mu był potrzebny? W dodatku taki który trochę „kuma” system, ale z którym nie będę – zgodnie z doktryną, mogli rozmawiać uczniowie? Logika, tak ceniona przez Pitagorasa złapała się za głowę…

Jakby tego było mało autor postawił na dość ryzykowny zabieg – mianowicie uwspółcześnił kalendarz i co się tylko dało. Zamiast zatem typowo greckiego kalendarza i nazw miesięcy, mamy kalendarz gregoriański, a na miejscu zbrodni zjawia się… Policja. Mamy też okna i drzwi zamykane na klucz.  Klucz zgoda, znali go i Grecy i Egipcjanie, ale okna zamykane na klucz?! A nie okiennice przypadkiem? Mogłabym wyliczyć jeszcze więcej takich kwiatków, ale wybaczcie, chce jak najszybciej skończyć „przygodę” z tą książką.

Podsumowując, zmęczyłam się lekturą setnie, kilka razy zirytowałam, często znudziłam na śmierć.

Jeśli chcecie czytać – to na własną odpowiedzialność. Ja najwyraźniej nie mam w sobie ducha pitagorejskiego.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *