Christer Sam – Cienie śmierci

 Jeśli lubicie rywalizację Sherlocka Holmes’a i jego zabójczego adwersarza doktora Moriartego, to Cienie śmierci powinny stać się dla Was lekturą obowiązkową. Od razu uprzedzam,  słynnego detektywa będzie tu jak na lekarstwo.  Jest za to bardzo dobra opowieść, z gatunku tych, do których podchodzi się ostrożnie, ale których potem nie chce się odłożyć.

Oto jesteśmy w więzieniu z Simeonem Lynchem. I razem z nim czekamy na egzekucję. Mamy 17 dni. 17 dni na wspominanie dawnego życia. 17 dni na snucie planów ucieczki. 17 dni, na próbę przeżycia, bo okazuje się, że zbliżająca się egzekucja, może nie być wcale największym zmartwieniem naszego bohatera. Na zabójcę pracującego dla  Moriartego w więzieniu czyhają nie tylko żądni zemsty za zabicie kolegi policjanci. Sprzymierzeńcy wykruszają się jeden po drugim, a czas biegnie nieubłaganie i cień stryczka staje się coraz wyraźniejszy…

Autor bardzo inteligentnie prowadzi narrację pomiędzy tym co dzieje się teraz, a wcześniejszymi wydarzeniami z życia Simeona. Być może w innych okolicznościach taki zabieg byłby sztuczny, ale ponieważ bohater czeka na wykonanie kary śmierci, więc jego wspomnienia czy szarpanie się z rzeczywistością przyjmujemy jako coś oczywistego.  W oczekiwaniu na nieuniknione Simeon wspomina swoje życie, które zaprowadziło go wprost w objęcia geniusza zła. A jednocześnie usiłuje wymyśleć jakiś plan ucieczki, bo coraz wyraźniej widać, że działania jakie podejmuje jego pryncypał są pozorowane i Moriartemu nie zależy na wydobyciu swojego „cyngla” z więzienia. Uważny czytelnik zaczyna więc węszyć i zastanawiać się, gdzie w tym wszystkim tkwi haczyk. Od razu wam powiem, że to nie haczyk, ale cały pęk haczyków. Dobrze ukrytych haczyków.

Nie ukrywam, że było mi się trudno wkręcić w lekturę, bowiem autor udatnie imituje XIX-wieczny styl pisania, i przez dłuższą chwilę miałam wrażenie, że czytam Nędzników, a to z całym szacunkiem dla Pana Hugo nie jest moja najulubieńsza lektura. Kiedy jednak przełamałam niechęć opowieść wciągnęła mnie na tyle, że poszłam do pracy niewyspana. Największymi atutami Cieni śmierci jest fabuła, dobrze skonstruowana, zgrabna, logiczna, spójna oraz postać głównego bohatera – niejednoznaczna, mroczna, a przecież w dziwny sposób sympatyczna. Simeon nie jest jednoznaczny. Są w tej postaci blaski i cienie i jakoś trudno jest uwierzyć w czające się w nim zło. Jakoś cały czas widziałam w nim skrzywdzonego dzieciaka, któremu ciągle coś w życiu odbierano i którego bez przerwy okłamywano. Również finał okazał się przyjemnie zaskakujący. Co prawda, jeśli w grę zaangażował się sam Sherlock Holmes to nie mogło być inaczej, ale i tak brawa dla autora, że wykorzystał do końca możliwości jakie dawała fabuła.

Podsumowując – przyjemna, inteligentna lektura. Polecam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *