Glukhovsky Dmitry – Metro 2033

strzygonia Sporą część swoich szczenięcych lat – i nie tylko szczenięcych – spędziłem albo włócząc się po Zonie w ślad za Striełokiem, albo z Pip-Boyem na przedramieniu. Pierwszy raz w uniwersum Metra 2033 też zapuściłem się za pośrednictwem gry (czego serdecznie teraz żałuję). W każdym razie sądziłem że z post-apo jestem za pan brat i już nic co może wyleźć zza rogu mnie nie zaskoczy: żaden popromienny mutant, żaden przerażający stwór, żadna niesamowita tajemnica.

Absolutnie się myliłem.

Przede wszystkim, akcja wspomnianych wcześniej produkcji – gier z serii S.T.A.L.K.E.R. i uniwersum Fallouta – rozgrywa się na powierzchni ziemi, jaka by ona nie była. Owszem, biegają po niej różne ciekawe rzeczy, ale nadaje się mniej więcej do zamieszkania, co najwyżej trochę cyka. W uniwersum Metra mieszkanie na powierzchni ziemi nie jest opcją: nuklearna apokalipsa której uległ ten świat musiała być większych rozmiarów, gdyż na powierzchni żyć się zwyczajnie nie da.

Ze względu na skażenie, promieniowanie i „nowych mieszkańców” ludzie z Metra mogą tam przebywać co najwyżej kilka godzin. Wyjście jest możliwe jedynie w nocy: delikatne, przyzwyczajone do mroku tuneli metra oczy słońce natychmiast by wypaliło. Zresztą  zwykli ludzie się tam nie zapuszczają: na powierzchnię po materiały, paliwo, amunicję, drewno i wszystko inne co da się uratować z martwego świata zapuszczają się wyłącznie stalkerzy. Reszta ludności metra kryje się po stacjach, jedząc grzyby, mech, szczury – na bogatych i dostatnich stacjach niekiedy wieprzowinę lub kurczaki.

Na jednej z nich poznajemy naszego bohatera, Artema; stacja ta z wolna ulega atakom mutantów. Artem składa jednemu ze stalkerów, który chce zająć się problemem, obietnicę, że jeśli ten nie wróci, wyruszy z wiadomością na drugi koniec metra. Stalker oczywiście nie wraca, więc w drogę. Co bardziej cynicznym czytelnikom może się tutaj wyrwać „ot, pretekst żeby motyw drogi wsadzić”. I będą mieli odrobinę racji.

Stacje stanowią właściwie państwa-miasta: starają się istnieć osobno, z rzadka się zrzeszając przeciw wspólnym wrogom. Glukhovsky sugeruje nam przy tym, że nawet w obliczu nuklearnego armagedonu – a może nawet szczególnie wobec niego? – skrajności się nie wygładzają: spotykamy w metrze komunistów (ze swoją Linią Czerwoną), faszystów upierających się przy tworzeniu Czwartej Rzeszy, satanistów kopiących w podłodze metra drogę do piekieł i hiperreligijnych świadków Jehowy, obstających przy tym iż Apokalipsa już się dokonała i właściwie pozostaje czekać.

Przejście przez metro nie jest więc spacerkiem; oprócz polityki po drodze czekają kilometry tuneli, przestrzeni niczyjej, w której czai się mrok. I właśnie mrok – nawet nie jego zawartość – jest największym problemem… Po raz kolejny w rosyjskiej fantastyce widzę tą samą tendencję: z namacalną rzeczywistością miesza się jakaś rzeczywistość magiczna czy mistyczna; nie jest udziałem tylko ludzi przesądnych, nie jest czymś śmiesznym albo nietypowym. Wydaje się że nacje wschodnie pierwiastek nadnaturalny uznają za całkowicie zwykłą część rzeczywistości. W „Metrze” to co dziś opowiadają sobie na powierzchni – legendy o Metrze-2, specjalnej rządowej sieci stacji, o tym że pracownicy metra znikają w ciemnych korytarzach, że pod Moskwą istnieje w rzeczywistości drugie miasto – staje się rzeczywistością i udziałem ludzi zepchniętych pod ziemię. I można twierdzić że to legendy – ale legendy nie wyrywają ludziom gardeł.

Jako osoba której przypadło radzić sobie z klaustrofobią, czytałem Metro 2033 z trudem. Opis metra poprowadzony jest po mistrzowsku; mrok i zaduch wylewają się ze stronic. Mimowolnie wstrzymywałem oddech gdy razem z Artemem przekradałem się obok posterunków granicznych wrogich stacji i wytężałem słuch gdy zagłębialiśmy się w niezbadany mrok tuneli między wysepkami cywilizacji.

A kiedy wszystko się skończy, kiedy razem z głównym bohaterem wystrzelimy ostatni nabój i łuska opadnie brzęcząc na podłogę, kiedy zwalczymy już zagrożenie i jako bohater powrócimy wśród oklasków na macierzystą stację, uderza nas gorzka konkluzja. Naszym wrogiem nigdy nie był okrutny mutant, nie zwyrodniałe plemiona kanibalistycznych odszczepieńców, nie bezwzględne metro ani mrok z tuneli. Naszym jedynym przeciwnikiem jest mrok który wszyscy nosimy w sobie.

Książka warta lektury i polecam ją gorąco – nie tylko fanom uniwersów postapokaliptycznych. Szczególnie że lepiej zdobyć się na odwagę i przeczytać ją nie jako taką sobie opowiastkę o tunelach i mutantach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *