Theroux Paul – Stary ekspres patagoński (dwugłos)

staryTa książka liczy już prawie 40 lat – została napisana w 1978 roku – ale po polsku wyszła dopiero w roku 2012. Sięgnąłem po nią, bo została wydana przez Wydawnictwo Czarne, a ta oficyna specjalizuje się w klimatach rodem z pogranicza światów, kultur i religii. Podtytuł „Pociągiem przez Ameryki” wskazywał, że jest to książka podróżnicza. Autor w przemowie napisanej w 2012r. wyjaśnia, że jego zamysł podróży pociągami z Bostonu do maleńkiej stacyjki Esquel w argentyńskiej Patagonii, na samym końcu Ameryki Południowej  – powstał jako eksperyment…. literacki. Celem autora nie było poznanie konkretnych miejsc, ale odbycie  podróży jako swego rodzaju doświadczenia egzystencjalnego. A zatem to nie książka podróżnicza, ale książka o podróży. I to właśnie jest problem – że podróżnik pokazuje nam głównie siebie, swoje przemyślenia, swoje lektury, swoje poglądy na to co widzi i czasem rozumie, ale częściej – nie. Tam, gdzie rzeczywistość przystaje do jego euroamerykańskiego świata, jak w opisie Strefy Kanału Panamskiego – potrafi być bardzo przenikliwy, ale po bardziej egzotycznych miejscach jedynie się prześlizguje. Bardziej interesują go książki, które ze sobą wiezie, niż miejsca i ludzie, wśród których się znalazł. A najgorsze w lekturze jest to, że autor w ogóle się nie zmienia pod wpływem przeżyć z podróży – jakby wiózł ze sobą kokon swojej „bostońskości”. Postawił sobie zadanie – dotrzeć do Esquel. No i dotarł, poszedł tam na spacer, stwierdził, że za miastem rosną ładne kwiatki, po czym bez większych ceregieli wsiadł do samolotu i wrócił do swojego życia. Co z tego wynika dla czytelnika? Jak dla mnie niewiele – jakieś migawki z „bardzo dziwnego świata” rozciągającego się za południową granicą USA, zdawkowy opis linii kolejowych i pociągów, które już nie istnieją, bo – tak jak i u nas – padły ofiarą bezplanowej prywatyzacji i konkurencji transportu samochodowego…. Zresztą, od 1978 roku świat bardzo się skurczył – właśnie na mapach Google’a oglądałem sobie zdjęcia ulic w Esquel, a gdyby mój hiszpański był lepszy, pewnie bez trudu nawiązałbym kontakt internetowy z którymś z mieszkańców.

__________________________________________________________________________________by Lashana

Rok 1978. Paul Theroux wychodzi z domu z jedną torbą, wsiada do kolejki podmiejskiej i przez Boston, Chicago i Meksyk zmierza do Gwatemali i Panamy, by w końcu dotrzeć do końca torów – stacji Esquel w środku Patagonii.
Linie i koleje, których już nie ma, egzotyczna Ameryka, autor reklamowany jako „amerykański mistrz podróżopisarstwa”, „uważny obserwator” i „świetny pisarz”, który na dodatek w przedmowie narzeka na książki opisujące znane regiony, do których każdy może pojechać. I zapowiada, że planował skupić się nie na podróżującym a na podroży i opisać odwiedzane miejsca, tak, żeby czytelnik mógł sobie o nich wyrobić klarowne wyobrażenie.
Po przebrnięciu przez książkę (bo „przeczytaniu” to już byłby komplement), mogę stwierdzić, że jedno się autorowi udało – dotarł na miejsce, ale jeśli chodzi o pozostałe założenia to niestety nie udało się spełnić ani jednego.
Krótkie i zdawkowe opisy krajobrazów i zdezelowanych pociągów pojawiają się tylko wtedy, kiedy autor raczy oderwać się od książki, która zajmuje go bardziej niż podróż, więc zamiast poznawać Meksyk czy Panamę dostajemy listę lektur – mało znanych książek amerykańskich pisarzy.
Zamiast poznawać koloryt lokalny Peru dowiadujemy się o czym Theroux wygłosił wykład na lokalnym uniwersytecie/liceum. Z jednej strony podróżnik narzeka na samotność i niezbyt przyjaznych współpasażerów, z drugiej sam unika rozmów, a podczas kilku nielicznych wyraźnie wyznaje zasadę, że „egoistą jest ten, kto dba bardziej o siebie niż o mnie” i każdy z rozmówców jest: wariatem/durniem/prymitywem/fanatykiem/skąpcem do wyboru, do koloru. Wyjątek i miłe zaskoczenie to rozmowy z Borgesem, argentyńskim pisarzem i tłumaczem.
Nawet kiedy autor wysiada z pociągu, myśli głównie o książkach i czasem o noclegu. Większość hoteli i miejscowości, w których się zatrzymuje nie doczekała się opisu dłuższego niż kilka linijek, poza Strefą kanału Panamskiego, jedynego miejsca opisanego ciekawie i ze szczegółami, ale dziwnie podobnego do amerykańskich baz wojskowych.
Theroux wbrew zapowiedziom nie opisuje podróży, opisuje głównie podróżnika – siebie i swoje poglądy na podróżowanie. A irytacja czytelnika, zwiedzionego opisem i zapowiedziami wzrasta z każdą kolejną stroną. O kolejach Amerykańskich dowiedziałam się niewiele, o krajach, przez które przejeżdżały wiem tyle, ile wiedziałam przed rozpoczęciem lektury. O panu Theroux za to wiem dużo więcej niż chciałabym się dowiedzieć.
Strata czasu rozpisana na ponad 500 stron. Podobny efekt można by osiągnąć wsiadając do osobowego pociągu PKP z plecakiem załadowanym w najbliższym antykwariacie przypadkowymi książkami.
Gniot pierwszej kategorii.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *