Haladyn Krzysztof – Na skraju strefy. T.2

Drugi tom opowieści o Sołdacie zaczyna się niemal dokładnie w tym miejscu w którym kończy pierwszy. Ocaleni z jatki w podziemnym bunkrze Sołdat i jego towarzysze muszą teraz tylko… wrócić. Tylko, albo aż. Bo dalej jesteśmy w Zonie,  z jej wszystkimi pułapkami i nieoczywistościami. W dalszym ciągu musimy pamiętać, aby rzucać mutry, mieć dość amunicji i nie  wierzyć nikomu. Nie ukrywam, że pierwsza część zaostrzyła mój apetyt. Spodziewałam się wyjaśnienia zagadek, ale też dalszych „fajerwerków”. I zastanawiałam, czy da się jeszcze podkręcić akcję, czy też już autor wszedł na najwyższe obroty. Tymczasem tempo akcji… spada. W dalszym ciągu niby dużo się dzieje, ale jakoś tak bardziej statycznie. Idziemy do przodu, ale teren jest przecież już znany. Wiemy wiemy, tutaj kościół pożerający  wiernych, tam nie rdzewiejący pociąg, ale jak mawiał Skręt – w zonie nigdy nie wracasz tą samą drogą bo otoczenie cały czas się zmienia. Może tak, może nie, ja jakoś tych zmian nie odczułam. I troszeczkę zaczęłam się nudzić. Całości nie pomógł wątek romansowy pasujący troszeczkę jak pięść do nosa.  To zresztą nie jedyny motyw który ma się lekko z logiką na bakier. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Od pewnego momentu fabuła staje się przewidywalna do bólu. A samo zakończenie, choć chyba miało być wielkim bum i zaskoczeniem, jest raczej trzaskiem mokrego kapiszona. Miałam wręcz wrażenie, że autor sam znudził się motywem i postanowił uwolnić swojego bohatera. i wymyślił coś naprędce, byle tylko zamknąć wątek, jednocześnie pozostawiając sobie możliwość kontynuacji przygód bohatera.

Podsumowując – tom zdecydowanie słabszy od pierwszego. Jeśli pojawi się cześć trzecia, nie polecę po nią z takim entuzjazmem jak po część pierwszą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *