Martel Frederic – Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie

Książka wpadła mi w łapy w ramach jakiejś promocji, a że zbierała głównie pozytywne recenzje postanowiłam zaryzykować, mimo że tematyka jest zdecydowanie nie z mojej bajki. Jednak, trochę wierząc w recenzje, spodziewałam się solidnego reportażu, bez zbędnej sensacji i plotkarstwa. Jak to zwykle bywa szybko zaczęłam mieć wrażenie, że recenzenci czytali jakąś inną wersję książki.
Początek jest całkiem sympatyczny – autor spokojnie udowadnia swoją tezę. Jaką – to wiadomo z blurba i tytułu. Tezę w sumie dość prostą: w czasach braku tolerancji gejom najłatwiej było ukryć się w kościele. Celibat załatwiał problem małżeństwa, parafia z przydziału problem braku pracy, a szacunek społeczeństwa był gratis. Teza jest obracana na wszystkie możliwe strony przez czas dłuższy, aż Martel uznaje, że na pewno dotarła do czytelnika. I do tego momentu wszystko jest ok. Autor, co prawda, momentami generalizuje, ale argumenty mają sens. Potem zaczyna być coraz gorzej. Bo skoro teza została udowodniona to można ją przyłożyć do różnych krajów, przypadków i urzędów Watykanu, i tak cały czas w kółko o tym samym. Co szybko robi się przewidywalne i nudne. A częste powroty do argumentów, które już znamy, szybko zaczynają być irytujące.
Przez prawie pół książki autor skupia się na głośnych aferach finansowych i seksualnych w kościele. I stara się udowodnić powiązanie tych afer z główną tezą, nie bacząc na to, że czasem mocno odbiega od tematu. To szybko prowadzi do wniosku, że wszystko przez homoseksualne koterie w kościele – brak wsparcia kościoła w Ameryce Łacińskiej i Afryce, ukrywanie pedofilii, wspomaganie Castro i komercjalizacja świąt pewnie też. I absolutnie wszystko musi pasować pod tezę. Do tego stopnia, że jeśli któryś z rozmówców się z autorem nie zgadza, to ten stwierdza, że rzeczony coś ukrywa – najpewniej to, że jest gejem.
I taka mieszanka z jednej strony solidnej argumentacji, a z drugiej podejścia „mam rację, bo tak” jest widoczna i w stylu, i podejściu do faktów. Jakby książka była pisana przez dwie osoby.
Z jednej strony autor twierdzi, że unika plotek i wszystkie informacje sprawdzał i potwierdzał, i przecież nie będzie nikogo z szafy wyrzucał, więc nie używa nazwisk. Z drugiej – często mało dyskretnie mruga do czytelnika: „ja wiem kto tu jest gejem”. W przypadkach historycznych możliwości i niejasności traktuje jak fakty. Potrafi tezę oprzeć na… użyciu zaimka i uznać ją za prawdę objawioną. Przez co czasem trudno dojść do tego co jest faktem, plotką a co naciąganiem autora. Momentami wpada w styl plotkarskiego portalu i często pojawiają się fragmenty typu: „rozmawiałem dwa razy z X, jadłem trzy razy kolacje z Y, i oni potwierdzili że Z jest gejem, ale przecież nie powiem Wam kim jest Z”. Taka mieszanka reportażu z ocenzurowanymi plotkami sprawia kiepskie wrażenie i nie pomaga w przebijaniu się przez coraz nudniejszą lekturę.
Równie trudne do zniesienia są odniesienia i aluzje do włoskich i francuskich pisarzy i filozofów – głównie homoseksualistów. I jak pewnym problemem jest to, że czytelnik zagraniczny nie ma zbyt wielkich szans skojarzyć odniesień do nieznanych mu książek, których autor, mimo świadomości międzynarodowego wydania, nie tłumaczy, tak większym problem jest to, że pojawiają się one z częstotliwością przerw na reklamy.
Dla polskiego czytelnika jeszcze jedno może być problematyczne – autor ewidentnie nie lubi Polaków. I to do tego stopnia, że nie tylko ignoruje, ale i przekręca fakty. Byłego księdza Polaka traktuje podejrzliwie i z lekceważeniem, podejrzewa go o prowokacje, mimo że innych w podobnej sytuacji traktował niemalże jak bohaterów. Na podobnej zasadzie obrywa się Dziwiszowi i Janowi Pawłowi II – obaj wg autora to zło wcielone i najgorsze przykłady wszystkiego co złe w Kościele. Co zresztą powtarza parę razy. Autor opinię ma o nich gorszą niż o pedofilach i urzędnikach kradnących z kościelnej szkatuły, mimo, że żaden z nich nikogo osobiście nie skrzywdził – co zresztą Martel sam przyznaje. Kiedy rozmawia z Dziwiszem na siłę stara się znaleźć dziurę w całym, mimo że kardynał odnosi się do niego serdecznie, więc okazuje się potem, że prezenty od kardynała były „bezużyteczne”. Co ciekawe drobne rzeczy, które dostawał od innych kardynałów takie nie były. A czemu oberwało się Janowi Pawłowi II? Bo nic nie zrobił z raportami o pedofilach. A czemu nie zrobił? Bo nie docierały. Nie docierały – pewnie Dziwisz nie przekazał. Dziwisz mówi, że nie wiedział – na pewno kłamie. Co pewnikiem świadczy o złych intencjach i spaczeniu moralnym ich obu. Hmm… a dwa rozdziały później okazuje się, że raporty przechodziły przez Urząd Kongregacji Wiary i tak jakby nigdy z niego nie wychodziły. A kto był wtedy szefem urzędu – Ratzinger. Ale przecież papież Benedykt to taki sympatyczny, że prawie święty jest… Ale z drugiej strony w innym rozdziale okazuje się, że coś jednak z raportów dotarło i tu następuje wyjaśnienie, co się z tymi doniesieniami stało i dlaczego.
Ten przykład w sumie dobrze podsumowuje całą książkę. Bo z jednej strony są lata researchu oraz tabuny pomocników i tłumaczy. Niby sprawdzanie każdego faktu z każdej możliwej strony. A z drugiej – pomijanie i ignorowanie części tych faktów tak, żeby pozostałe pasowały pod tezę. Z jednej strony chęć pokazania wszystkiego co się wie, a z drugiej podporządkowanie wiedzy tezie. I mimo, że autor miejscami ma rację, mimo że często skupia się na rzeczach wałkowanych na wszystkie strony przez światowe media, to z takim podejściem trochę trudno traktować całość poważnie.
Na dodatek Sodoma jest kiepska literacko i zwyczajnie nudna. Informacje są podane chaotycznie, suchym stylem kojarzącym się z zapatrzonym w siebie naukowcem, który zapomniał, że nie pisze notatek na użytek własny tylko książkę dla potencjalnego czytelnika. Powtarzające się w kółko argumenty, odniesienia i fakty. Kolejne, podobne do siebie historie, które prowadzą do znajomego końca lub równie znajomego wniosku. Jak pierwsze 100 stron przeczytałam z zaciekawieniem, tak potem głównie tłumiłam ziewanie. Niezależnie od tego czy książka liczyłaby tylko 200 stron, czy byłaby o 200 stron krótsza, wyszłoby jej to na dobre. W obecnej formie jest nudna, chaotyczna, pełna powtórek a podejście autora do faktów pozostawia wątpliwości.
Nie polecam, chyba że ktoś jest mocno zainteresowany tematem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *