Currie Evan – Na srebrnych skrzydłach. Hayden War. Tom 1

Zaczyna się klasycznie, znajomo i schematycznie – obcy atakują obrzeża naszej cywilizacji. Ludzkość wysyła pomoc na oblężoną planetę i przygotowuje się do wojny.
Chciałabym powiedzieć „a potem jest tylko ciekawiej”, ale niestety nie mogę. Sam świat – Świat Haydena – nie jest jakąś szczególnie zapadającą w pamięć planetą, na dodatek założenie na niej czegokolwiek więcej niż stacja badawcza było bardzo wątpliwym wyborem. Czego od planety chcą obcy, tego w sumie nie wiemy, przez co Hayden zaczyna sprawiać wrażenie losowej lokacji. Nie wiemy też co robi magiczna kosmiczna technologia, ale dość łatwo dojść do wniosku, że albo ludzie czegoś nie wiedzą, albo obcy mają bardzo dziwną ekonomię w swoim świecie. Jak pierwszy wariant w przypadku obcej rasy byłby jak najbardziej możliwy, to niestety nie ma żadnych prób dowiedzenia się o co chodzi, a brak wyjaśnień zamiast wzbudzać ciekawość sprawia, że cała historia konfliktu wydaje się sztuczna, pretekstowa i mocno… komiksowa w najgorszym możliwym znaczeniu tego słowa. Przez co trudno się nim przejmować i kibicować którejkolwiek ze stron, bo w końcu to tylko pretekst do strzelaniny w egzotycznych dekoracjach.
Na podobnych zasadach działają opisy reszty galaktyki i jakieś strzępki opisów technologii. To pierwsze nie wnosi absolutnie nic poza chwilową zmiana scenerii, a to drugie absolutnie nie wpływa na fabułę. Natomiast próby szczegółowych opisów techniki wywołują napady śmiechu. Bo jak tu nie rechotać, jeśli bohaterowie zastanawiają się jak długo by przeżyli w przyśpieszeniu 100G, albo kiedy dioda oled jest tłumaczona jako… dioda zasilana organicznie. Zresztą z fizyką autor ma podobne problemy jak z taktyką partyzantów w dżungli – w jednym i w drugi przypadku brak reaserchu jest, niestety, ewidentny. I o ile brak pierwszego jest częsty w przypadku autorów SF, co w samo w sobie jest ciekawym paradoksem, to akurat opisów wojny w Wietnamie jest całkiem sporo i zapoznanie się z nimi nie wymaga czytania wzorów.
Całą akcję i razem z nią mini fabułę do przodu popycha pani sierżant Sorilla Aida. Pani sierżant to twarda baba, jak na kosmicznego marine przystało. Je gwoździe doprawione kruszonym szkłem, zapija kwasem siarkowym, a potem jednym splunięciem wykańcza obcych. Albo przynajmniej niewiele jej do tego brakuje. Nie ma żadnej przeszłości, przyszłości (ot, pewnie poleci na inna planetę), ani uczuć (opłakanie całego oddziału, z którym walczyła przez 10 lat ramię w ramię, zajęło jej jakieś 10 sekund). Ale jak trzeba to partyzantów wyszkoli, zagrzeje ich do boju i poprowadzi na barykady powiewając przy tym flagą. Reszta bohaterów w sumie mogłaby nie istnieć, nie ma żadnych wątpliwości, że bez nich też by sobie poradziła.
Ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że mimo całej schematyczności, wtórności, niedomyślenia świata i paru baboli całkiem przyjemnie się to czyta. Lekko i bezproblemowo płynie się przez fabułę nie angażując dużej ilości szarych komórek (angażowanie większej ilości jest raczej niewskazane). I nie przeszkadza ani ledwo naszkicowany świat, ani schematyczna i topornie wyciosana z kawałka drewna postać pierwszoplanowa, ani wydmuszki udające postacie drugoplanowe. Ani nawet obcy, którzy są tam tylko dlatego, że niepoprawnie politycznie byłoby wstawić Rosjan, Koreańczyków czy inną nację. I nawet nie trzeba bardzo kibicować bohaterom, tylko płynąć razem z fabułą, bo w końcu dostajemy film SF klasy B, tylko że do czytania. Nie należy myśleć za wiele, tylko cieszyć się widokami i trochę odmóżdżyć przed kolejny tygodniem w pracy. I jako gatunek odmóżdżającej lektury klasy B, lekkiej lektury na plażę czy książki do pociągu Na srebrnych skrzydłach sprawdza się całkiem dobrze. W każdej innej kategorii, a już zwłaszcza SF, jest to straszny gniot, tylko napisany przyjemnym językiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *