Max Kidruk – Bot (dwugłos)

bot-maksym-kidrukWzięty do ręki „Bot” konfunduje.

Z jednej strony – mamy obiecujące nazwisko. No dobrze, obiecujące dla kogoś kto fantastykę pisaną przez ludzi ze Wschodu – Rosjan, Ukraińców i tym podobnych – pochłania z pieśnią na ustach. Do tego jeszcze graficzka która z jednej strony kojarzy mi się z estetyką rasy Exo z Destiny, a z drugiej – z serią webkomiksów Automata / Silverside którą publikują autorzy Penny Arcade. Oba skojarzenia są bardzo przyjemne.

Z drugiej strony mamy wypisany ogromnymi literami tytuł „Bot”, który dla informatyka jest tyleż wieloznaczny, co nieprecyzyjny, i do kompletu jeszcze taki oto wers: „kiedy ludzie stają się nadludźmi, łatwo mogą utracić człowieczeństwo”. No – jasne, z tym że przynajmniej dla mnie znaczy to bardzo niewiele i brzydko pachnie hollywoodzkim dżinglem-tagline’m, który obowiązkowo trzeba dorzucić do każdego filmu.

Oczywiście ocenianie książki po okładce do głupota. Znacznie lepiej te okładki jednak rozewrzeć i zajrzeć do środka. A co czeka w środku?

Przede wszystkim – książka ze spektrum współczesnego science fiction. Szanuję autorów którym chce się zrobić porządny research do książki: pozawracać głowę znajomym informatykom, biologom, przekopać się przez stos publikacji naukowych – po to żeby fachowców z danej dziedziny nie bolały przy lekturze zęby. Nie oprotestowuję tu oczywiście sci-fi futurystycznego (powszechnie wiadomo że Star Treka będę bronił własną piersią), ale pozwolę sobie twierdzić że tworzenie takowego jest prostsze niż sci-fi współczesnego. Pomijając już że niektórych autorów zwyczajnie ponosi i kończy się to burzami umęczonych fotonów.

Wróćmy jednak do meritum, zanim dygresja pochłonie mnie na dobre. W „Bocie” razem z Tymurem – programistą, specem od sztucznej inteliencji – trafiamy z deszczu pod rynnę, czyli z nudnej jego zdaniem roboty przy sztucznej inteligencji do gier – prosto do tajnego laboratorium w samym sercu pustyni Atakama. Laboratorium oczywiście opłaca Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Na szczęście nie musimy się spotykać twarzą w twarz z żadnym Amerykańskim Bohaterem (wszyscy znamy ten typ – na ogół tak amerykański, że smarka równie amerykańskimi bielikami). Spotykamy się za to z całym korowodem barwnych, nawet jeśli odrobinę stereotypowych na pierwszy rzut oka postaci.

Jest japoński naukowiec, typ człowieka milczącego publicznie a wściekłego prywatnie. Jest francuska pani lekarz z tendencją do przeceniania własnych możliwości, której kij z tyłka wyjeżdża dopiero pod wpływem ciężkiego stresu. Jest też buntowniczy najemnik który nigdy się nie bał, jaja ma ze stali, kręgosłup z tytanu i którego konstrukcja mentalna do złudzenia przypomina Tychusa Findlaya z serii gier StarCraft.

Jest laboratorium – muszą być i eksperymenty. Może nie obrzydliwe, ale na pewno mocno wątpliwe moralnie. Tu gratulacje dla autora – zdołał spowodować że miałem ochotę grzmotnąć jego postać w zęby za to co zrobiła, jednocześnie powstrzymując się od wysoce nieapetycznych opisów (i pozostawiając jedynie te średnio apetyczne). Co więcej – postać ta nie jest wyłącznie do nielubienia, nie jest to główny zły i fabularny chłopiec do bicia. Trochę go nie cierpisz, trochę go rozumiesz, trochę nie chcesz znać, ale przecież to nie jest taki zły gość. Znam rzeczywistych ludzi którzy są mniej skomplikowani niż postaci Maksa Kidruka (co na plus należy zapisać – stety lub niestety – postaciom).

A skoro są eksperymenty – to coś musiało pójść źle, prawda? Oczywiście że poszło. Tytułowe boty, to jest „żołnierze nowej generacji” rozpełźli się po Atakamie, odwalając coraz to lepsze numery i popisując się coraz to nowymi umiejętnościami, których – co do tego wszyscy akurat byli pewni – nikt im nie programował. W efekcie mamy szlajający się po pustyni oddział coraz efektywniejszych superżołnierzy którzy – po pierwsze – nie powinni byli zwiać, po drugie – są tak tajni, że absolutnie nikt nie powinien o nich wiedzieć, a po trzecie – jak szefostwo się dowie to nam… no, właśnie. Zresztą postaci nawet nie spodziewają się, jaki wymiar to „no, właśnie” przyjmie. Ja też się nie spodziewałem. Szczękę pozostało mi pozbierać na szufelkę.

Oprócz naprawdę niezłej fabuły i naprawdę głębokich postaci, książka wygrywa jeszcze wspomnianym wcześniej researchem autora. Po pierwsze: w każdym z opisywanych miejsc był osobiście, a wybór Atakamy motywuje tym, że dla niego Sahara nie była… dostatecznie pusta. Wszystko co zostało opisane – poza laboratorium, oczywiście, które skądinąd mogłoby istnieć, bo technologia konieczna do konstrukcji takich botów jak najbardziej jest dostępna – istnieje naprawdę, łącznie z terminalami i bramkami na lotniskach. W posłowiu zaś przyznaje – z rozbrajającą szczerością – że jedyne miejsce w książce gdzie minął się z prawdą, to zmniejszając ludność pewnej miejscowości z tysiąca dwustu do około czterystu mieszkańców, ponieważ bał się że jego „chłopaczki” z tysiącem dwustoma chłopa mogłyby sobie nie poradzić.

Jeśli z powyższego nie wynika to dostatecznie dosadnie – książkę bardzo polecam. A co się tyczy okładki – po lekturze połapujemy się, że tagline jest dorzucony na siłę, i w gruncie rzeczy pasuje jak pięść do nosa, zaś wybrana na okładkę ilustracja, o ile obiektywnie patrząc bardzo fajna, do wyglądu książkowych botów też nie przystaje (i zdaje się, że wybrał ją ktoś kto książki nie tylko nie czytał, ale nawet pobieżnie nie przejrzał – bo by się połapał że strzela babola). Nie ma jednak co karać autora za grzechy wydawnictwa, a przede wszystkim – nie ma za nie co karać siebie nieprzeczytaniem „Bota”.

——————————————————————————————————————————————– by K.Wal

O Bocie nasłuchałam się tyle, że grzechem byłoby nie przeczytanie tej książki. Skorzystałam więc z wakacji i tego, że (teoretycznie) mam więcej czasu i zabrałam się za lekturę. Książkę pochłonęłam w dwa dni. Mój przedmówca w swojej recenzji nie wspomniał o jednej rzeczy – Bot to tak naprawdę całkiem niezły thriller. Co prawda niektóre rozwiązania dla uważnego czytelnika nie są specjalnym zaskoczeniem, ale mimo wszystko jest to thriller, w klimacie dość zbliżony do Obcego. Autor udowodnił, że nie potrzeba pustki kosmosu, żeby nikt nie usłyszał twojego krzyku. W zupełności wystarczy zapomniane laboratorium w odludnym i nieprzyjaznym zakątku naszej planety.  Na całe szczęście autor nie epatuje technologią i otoczeniem. Nie znajdziemy w książce opisów super, hiper laboratorium lśniącego chromem i aseptyczną bielą. Tak naprawdę nawet nie pamiętam jak to laboratorium wyglądało, bardziej interesowało mnie to co się w nim dzieje. Nie mamy tu również mrożących krew w żyłach opisów pustyni. ( Tu jest  moje jedyne zastrzeżenie do książki – bohaterowie biegają …BIEGAJĄ w pełnym skwarze po pustyni, a jakoś nigdzie nie jest powiedziane, że mają przy sobie wodę… ). Sam pomysł przewrotny, wredny i zdecydowanie nie pozostawiający czytelnika obojętnym. Zaś najgorszym w nim jest to, że w gruncie rzeczy – jest całkiem realistyczny. Nikt z nas nie może mieć pewności co też wyczyniają wojskowi w swoich laboratoriach i co z nich może w którymś momencie wypełznąć na świat.

Tak czy inaczej to dobra książka. Polecam.

 

________________________________________________________________________________________________________Lashana

 

Paweł w zasadzie opisał wszystko i trudno mi będzie dodać coś nowego, ale będę próbować…
Zacznijmy od początku czyli od okładki… na plus zaliczyć trzeba to, że nie straszy ani Paintem ani kiczem fantastycznym, na zdecydowany minus – ani ilustracja, ani hasło reklamowe nie mają z książką nic wspólnego.
Autor stworzył SF i technothrillera jednocześnie. Jak o to pierwsze dosyć łatwo, to tego drugiego trzeba szukać z solidnym miotaczem ognia (bo świeczka tu nie pomoże), którym przy okazji można podpalać co większe chały pretendujące do gatunku.
W wypadku Bota o dziwo udał się i technothriller (mimo zdecydowanie innych okoliczności przyrody czasem miałam bardzo silne skojarzenia z klimatem panującym na statku Nostromo) i SF (autor zrobił pełny research – zaczynając od osobistego zapoznania się z Atakamą po przeczytanie ze zrozumieniem artykułów z kilku różnych dziedzin). Dzięki temu mamy fajny klimat, ciekawe pomysły i zęby nie zgrzytają przy lekturze (jeśli chodzi o pomysły naukowe to przez całą książkę miałam wątpliwości jeden jedyny raz i to wątpliwości, a nie nagłego headdeska).
Całe szczęście udało się też uniknąć nadmiernej „słowiańskości”. Nie zrozumcie mnie źle, lubię produkcje autorów zza wschodniej granicy, ale tutaj rzewna słowiańska dusza pasowałaby do reszty jak pięść do nosa.
Jedno tylko mi się zdecydowanie nie podobało – autor czasem zmienia się w narratora spoilerującego i oznajmia czytelnikowi kto zaraz zginie na ładnych kilkadziesiąt stron przed gwałtownym zejściem danej postaci. Wkurzało mnie to wyjątkowo i psuło radość z lektury.
Mimo tego jednego „ale” Bota czytało się świetnie – dobre, ciekawe SF z fajnymi pomysłami, wartką akcją i jeszcze sporą dozą science w tym fiction. Czego chcieć więcej?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *