McCarthy T. C. – Podziemna wojna t.1 – Genoboty (dwugłos)

genobotyGenoboty, to pierwszy tom nowej dystopijnej serii „Podziemna wojna” wykorzystującej popularny ostatnio motyw wojny o surowce. W byłych republikach Związku Radzieckiego Kazachstanie i Turkmenii a także na terenie Iraku toczy się potworna wojna o rzadkie minerały pomiędzy Rosjanami a Amerykanami. Nie da się ukryć, że scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Wystarczy otworzyć gazety, aby się o tym przekonać. Wojna przyszłości opisywana przez McCarthego jest taka jak każda wojna. Brudna, brutalna, wdzierająca się do mózgów, niszcząca psychikę. Nie zmienią tego XXI-wieczne gadżety: kombinezony chroniące przed oddziaływaniem środowiska, broń energetyczna, drony i cała reszta bojowego szmelcu. Ludzie są tylko ludźmi i pozostają nimi niezależnie od tego co na siebie włożą i z czego strzelają. Nasz bohater – reporter wojenny zdobywa pozwolenie na dołączenie do oddziału marines. Marzy mu się napisanie serii reportaży godnych Pulitzera. Ale wojna wciąga go w swoje tryby, przemiele i wypluje już innego. I w zasadzie tyle wystarczyłoby, aby powstało niezłe czytadło.  Autor, niestety poszedł o krok dalej. Dołożył do fabuły genoboty – istoty ludzkie płci żeńskiej, wyhodowane i wytrenowane do walki. Są nieprzeciętnie szybkie, nieprzeciętnie silne, – jednym słowem są biologicznymi maszynami bojowymi. A ponieważ ludzie, nawet ci wyhodowani w próbówkach mają emocje i myśli – genobotom „dodano” ideologię czyniąc z nich fanatyków śmierci.  I wyszli mu Asasyni jak się patrzy. Jednym słowem McCarthy do jednego samograja dołożył kolejny. To też jeszcze nie zepsułoby książki.  Niestety autor poszedł jeszcze o krok dalej.  Wpakował do swojej książki motyw rodem z Blade runnera, bo nasze śliczne bojowe maszynki mają okres przydatności do użycia, po którym albo są eksterminowane strzałem w głowę ( na wypadek gdyby jednak nie zginęły w walce), albo zaczynają trywialnie gnić. To gnicie jest na wypadek, gdyby takiej bio-żołnierce udało się zacząć samodzielnie myśleć oraz dojść do wniosku, że jednak chce żyć i o zgrozo całkowita – chce mieć faceta. Tak, moi drodzy, romans w tym barszczyku też pływa… . I nawet mamy zakończenie jak z hollywodzkiego filmu, słodkie jak ulep. Efekt? Z książki mającej zadatki na coś niezłego, wyszedł kicz do kwadratu, w papierowych dekoracjach z dodatkiem hektolitrów ketchupu, z plastikowymi bohaterami.Gdyby to był film, byłby filmem klasy Z.

Jak się domyślacie, kolejne tomy tego czegoś ominę starannie i  w dużej odległości.

Zdecydowanie nie polecam

______________________________________________________________________________________________________________Lashana

 

Jest książka, która dawno temu zniechęciła mnie na dłuższy czas do SF. Nazywało się to-to Chłopiec i jego czołg i traktowało o seksie głównego bohatera z czołgiem… znaczy czołgiem, który był w VR piękną kobietą. Bądź z wieloma czołgami, bo w końcu sieć ma wiele różnych zastosowań. Jak to się ładnie mówi: każdemu jego porno, ale to jeszcze nie znaczy, że trzeba wszystko drukiem wydawać. Anyway… czemu ja o tym? Ano dlatego, że Genoboty bardzo mi Chłopca przypominały.
Ale od początku, a trzeba przyznać, że początek nawet mi się spodobał – egocentryczny dziennikarz wyrusza na wojnę do Kazachstanu, żeby zdobyć Pulitzera. Miało to swój klimat i było fajnym pomysłem. Ale potem się okazało, że po fabule kręcą się żeńskie odpowiedniki Uniwersalnych Żołnierzy – piękne, silne i zabójcze. Którym wpojono w laboratorium techniki walki i wiarę w śmierć. Na początku skojarzyło mi się to z Walkiriami, ale potem okazało się, że panny odmawiają… Ojcze Nasz. Serio? Chrześcijaństwo? Bo na świecie nie ma żadnych innych kultów, o kultach śmierci nie wspominając? Tu wymiękłam po raz pierwszy, a były to okolice 30 strony.
Potem jest tylko fajniej, bo dziennikarzyna trafia jakimś cudem do oddziału genobotów. Zgadnijcie co się wtedy dzieje? Hmm… w tym momencie w sumie można by odłożyć książkę. Bynajmniej nie z powodu seksów. Tylko dlatego, że w tym momencie znika najciekawszy wątek: dziennikarza obserwującego futurystyczną wojnę. A zaczyna się notoryczne ćpanie, wzdychanie, ćpanie, Blade Runner podlany toną lukru, ćpanie i rozterki bohatera. Czy wspominałam o ćpaniu?
Potem jest ćpanie, romans, bohater trzeźwieje w końcu i wzdycha… Wojna i jej skutki przewijają się w tle, ale choćby serialowy Pacyfik (który miewał podobny klimat jeśli chodzi o część wojenną) był o wiele bardziej przekonujący.
Fabuła jest najzwyczajniej w świecie nudna (chociaż w sumie słówko „nieistniejąca” też by tutaj pasowało), do tego mamy papierowych bohaterów, którzy niczego sobą nie przedstawiają, wojna mogłaby być jakąkolwiek wojną, bo jest tylko tłem, na dodatek niezbyt wyraźnym. Zgadzam się, że jest to kicz do kwadratu, ale nie jest to film klasy Z – na nich najczęściej można się jeszcze pośmiać. Przy Genobotach można sobie albo nabić guza od namiaru facepalmów, albo zwichnąć szczękę z nudów.
Mniej więcej od tej feralnej 30 strony męczyłam się przy lekturze i nie mogłam doczekać się końca. Ewentualnie śmierci głównego bohatera, żeby może coś się ciekawego z fabułą podziało.
Chała straszliwa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *