Sawicki Andrzej W. – Aposiopesis

2 out of 5 stars (2 / 5)
Alternatywna Warszawa roku 1871, napędzana parą, zgrzytająca zębatkami i kipiąca od intryg politycznych.
Henrietta von Kirchheim – pruski mechaborg – przypadkiem wpada pod skrzydła polskiej damy, która uznaje ją za świetną damę do towarzystwa. Dzięki temu Henrietta zostaje Henią i ląduje w operze, gdzie zostaje świadkiem zabójstwa austriackiego oficjela.
Mimo, że główna bohaterka jest weteranką i cyborgiem na parę, dostaje do towarzystwa dwóch adoratorów, którzy co chwilę muszą ją ratować. Jeden raz, jako pretekst fabularny/mrugnięcie okiem do czytelnika, jeszcze mogłabym autorowi wybaczyć. Ale na diabła stwarzać wojowniczkę i robić z niej potem damę w opałach? Podobnie jest z trójkątem miłosnym, zresztą kompletnie niepotrzebnym i skutecznie demolującym tempo powieści – bohaterka snuje rozważania jak panna na wydaniu, którą nie jest. Jej myśli kompletnie nie zgrywają się z jej charakterem i historią, bo autor po raz kolejny robi z niej mdlejącą niewiastę. Czemu, ja się pytam? Czemu ona, w takim razie, nie jest mdlejącą niewiastą? – wtedy ratowanie, wzdychanie i ratowanie po raz kolejny, miałoby więcej sensu.
Dwóch potencjalnych absztyfikantów jest trochę bardziej konsekwentnych – szalony inżynier Daniłow, wzdychający do Heni jak do pomnika oraz zdecydowanie bardziej energiczny oficer bezpieki.
Obaj są, co prawda, trochę sztampowi, trochę przerysowani, ale pasują do tego świata.
Świat aż kipi od oleju, zębatek i pary. Tryby i tłoki wylewają się z każdej możliwej strony. I niewiele z tego wynika, niestety. Przez większość czasu steampunk jest ładną dekoracją – ot, dodaje klimatu, tworzy fajne widoczki, ale kompletnie nie wpływa na świat. Zdarzają się, co prawda, perełki – rozmowy z mechanicznymi policjantami, łowienie dżinów, mechaniczne konie. Niestety zdarza się też autorowi jazda po bandzie bez trzymanki, podczas której wrzuca w fabułę Necronomicon i tworzy… mechaniczną termowizję i echolokację. To bolało.
Całość jest bardzo teatralna – zaczynając od dekoracji a na bohaterach kończąc. I mogłaby być świetna w formie bardziej wizualnej, np. jako anime. Może był to zamierzony efekt – tytuł, nawiązania do opery i ograniczona liczba „aktorów” mogłyby na to wskazywać. Ale jeśli tak, to zdecydowanie przestaję być targetem, bo jak steampunk uwielbiam, tak zdecydowanie bardziej nie znoszę teatralności w książkach.
Niektóre rozwiązania fabularne są równie wątpliwe jak wykorzystanie pary – jedna z postaci zostaje aresztowana z przyczyn, które można by określić jako „bo tak”, ale autor tworzy bardzo trudne do kupienia wyjaśnienia, żeby ten fakt uzasadnić. Logika umiera w mękach. Kiedy bohaterowie mają problem z trafieniem do Warszawy dostajemy to samo – długie, mętne i trudne do kupienia wyjaśnienia, żeby uzasadnić mocno wątpliwe rozwiązanie fabularne.
Lubię niejednoznacznych bohaterów, ale tutaj wątpliwa moralność towarzystwa mocno mi zgrzytała. Bo dostajemy mordowanie jeńców, sprzymierzanie się z handlarzami kobiet i absztyfikanta słynącego z torturowania przesłuchiwanych. A wszystko to opisane/ obserwowane bez mrugnięcia okiem przez bohaterów i nie mające żadnych konsekwencji. Czy to w postaci sumienia, czy potępienia przez otoczenie, o konsekwencjach prawnych nie wspominając. Autor traktuje tortury jak zjawiska pogodowe – ot są, pojawiają się często, a jak ktoś przypadkiem zmoknie – jego problem. Dzięki temu podejściu najbardziej sympatyczną i prawdopodobną psychologicznie postacią jest… dżin, służący Daniłowa.
Nie jest to powieść detektywistyczna – śledztwo rozwiązuje się niejako samo. Nie jest to romans – bo wątek jest zbyt poboczny. Jest to raczej połączenie przygody, trochę w stylu barona Munchausena, z wyzwaniem: ile steampunku na stronę tekstu da się upchnąć.
Dużo niewykorzystanego potencjału świata i potencjału postaci. Steampunkowe dekoracje dają sporo radości, ale niestety są tylko dekoracjami. Tym bardziej szkoda, bo kiedy autor już wykorzystuje te elementy, to wychodzą z tego najlepsze fragmenty powieści. Wykorzystanie znanych postaci w świecie alternatywnym też wyszło autorowi całkiem sympatycznie.
Takie sobie czytadełko, gdzie fabuła od czasu do czasu znika w kłębach pary. A mogło być tak pięknie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.