Aleksander Kowarz – Rydwan bogów (dwugłos)

rydwan-bogow

Jak to często bywa, streszczenie na okładce było świetne: starożytny Egipt, współczesna Polska, przygoda, sensacja, trochę archeologii, trochę  magii. Na dodatek było napisane poprawną polszczyzną. Wnętrze niestety  już takie nie jest. Znaczy nie jest ani ciekawe, ani poprawne.
Na wyspie w pobliżu Kazimierza dzieciaki znajdują złotego skarabeusza. Na  wykopaliska przyjeżdża doświadczony archeolog Antoni ze swoja asystentką  Anną i stadem studentów. Do tego na miejscu przypadkiem pojawia się  fotoreporter Andrzej – przyjaciel Antoniego i były Anny, ze swoją obecną  – Izą. To, że powiązania między bohaterami brzmią jak streszczenie  dowolnej telenoweli całe szczęście nie zostało wykorzystane. Do tego  wszystkiego mamy mnicha – brata Tomasza, który z ramienia zakonu ma  patrzeć archeologom na ręce, bo wykopaliska znajdują się w pobliżu  zakonnego cmentarza. Od strony egipskiej mamy kapłana Horusa Sefiana i jego syna, którzy z rozkazu głównego kapłana mają przekazać władcy Egiptu Rydwan Bogów. Rydwan ma tą nieprzyjemną właściwość, że potęguje  myśli posiadacza, więc może zmusić kogoś do zmiany zdania albo do  padnięcia trupem na miejscu – jak kto woli. Losy Sefiana splatają się z poszukiwaniami archeologicznymi i współczesnym szukaniem Rydwanu. Problem tylko w tym, że ani fragmenty historyczne, ani współczesne kupy się nie trzymają. Zwłaszcza te historyczne wołają o pomstę do Ra. Mój  „ulubiony” fragment to ten, w którym Sefian spotyka w Egipcie Japończyka  imieniem Kendo zajmującego się handlem niewolnikami…
W fabule roi się od dziur: natrętnie są wspominane koszmary Sefiana i Andrzeja, ale do końca nie wiemy co im się śni; nie wiemy jakim cudem rozsądny faraon zażądał Rydwanu, mimo że znał jego moc; czemu u diabła coś co ma  postać niewielkiej kuli jest nazywane Rydwanem? Jakim cudem kapłan  dotarł do Polski, poza tym, że uciekał z Egiptu byle dalej. Skoro jego  syn był na tyle potężny, żeby przenieść Rydwan czemu od razu nie przeniósł  go temu gdzie powinien. itd., itp.
Z bohaterami jest jeszcze gorzej, żadne z nich nie posiada charakteru – mają jedynie zawód i nic więcej. Po przeczytaniu całej książki nie da się powiedzieć jak wyglądają, co myślą i czują, kompletnie nic. Jak  papierowe wycinanki z imionami. Do tego mnich, który jest bezwzględnym  mordercą i patologicznym kłamcą…
Jakby tego wszystkiego było mało, to wykonanie też pozostawia wiele do  życzenia – językowo autor zatrzymał się gdzieś na poziomie liceum, początku liceum. Opisy są grafomańskie, albo wcale ich nie ma. Dialogi  sztywne jak drut zbrojeniowy. Żadnego napięcia (chyba że ktoś uzna ulubiony opis autora: „poczuł mrowienie w potylicy” za jego przejaw), zero dynamiki, żadnych emocji, co w połączeniu z marnym zasobem  słownictwa kojarzyło mi się z czytaniem książki kucharskiej. Chociaż  nie, nawet w książce kucharskiej bywają lepsze opisy i jest w tle jakiś suspens, bo w  końcu zawsze można coś przypalić.
Dawno się tak nie męczyłam przy lekturze.
Wyjątkowy gniot

————————————————————————————————————By Atisza —————————–

Przygody  Pana Samochodzika w równoległym świecie. Tak od biedy można byłoby zrecenzować to straszliwe dzieło jakim uraczył nas autor. Jest tylko  jedno „ale” . Zdecydowanie autorowi  zabrakło zarówno  pisarskiego talentu Nienackiego jak i jego wiedzy.  Zresztą mówiąc  wprost wyliczanie tego czego Aleksandrowi Kowarzowi  w tej książce  zabrakło zajęło by znacznie więcej czasu niż jestem zdecydowana recenzji  tego gniota poświęcić.

No to zaczynamy wyliczankę niedoróbek, wpadek i zwykłych byków. Postacie  są płaskie, papierowe i przewidywalne do bólu. Opisy przeżyć  wewnętrznych naszego głównego bohatera przypominają wyjątki z pamiętnika  nastolatki. Intryga sztampowa i nudna jak flaki z rycyną. Dialogi….  zapomnij o dialogach! Kiedy którakolwiek postać zaczyna coś mówić, reszta bohaterów biorących  udział w danej scenie zaczyna się zachowywać  jak przedszkolaki ( i to takie z dawnych lat, bo dzisiejsze pyskują)  którym pani opowiada bajkę. Posłusznie i ma się wrażenie, ze z  wytrzeszczonymi oczyma czekają aż dana postać odpęka swoją kwestię.  Watek kryminalny jest  przez swój brak jakiejkolwiek zagadki, intrygi, no czegokolwiek co nam się z kryminałem kojarzy zwyczajnie śmieszny, wątek historyczny nieudolny –  głównie za sprawą bolesnych wręcz braków w wiedzy samego autora, któremu  najwyraźniej wydawało się, że wystarczy napisać że coś działo się w  starożytnym Egipcie i już  można pleść co ślina na język przyniesie I z pióra na papier skapnie. Wątek magiczny – o ranyści przeniebieskie…pan Aleksander najwyraźniej uważa, że  oświadczenie, iż w to czy tamto zaangażowane są ciemne moce wystarczy do radosnego bredzenia nie na temat i logice wspak.  Przynajmniej w kilku miejscach ma się wrażenie, że autor obejrzał  Gwiezdne Wojny o jeden raz za dużo i mu na rozumek padło,  bo z zapałem i całkiem bezsensownie dla fabuły stylizuje przynajmniej jednego z bohaterów  na mistrza Yodę albo innego Qui-Gon Jinna. Najgorsze w tym steku bzdur i nonsensów są jednak sceny tzw. miłosne, które sprawiają wrażenie, że  wyszły spod ręki weterynarza! „Weszła na niego”, w innym miejscu „wszedł  na nią”….. kropka. Co to jest na wszelkie bogi?!  Opis parzenia się  piesków czy może miłosne zapasy nierogacizny?!
Uczciwie przyznaję nie dałam rady rzeczonego dzieła przeczytać do końca, co mi się w zasadzie nie zdarza i chyba najdobitniej świadczy o jakości „leteratury”.
DNO I dwa metry mułu!!! Omijać wielkim łukiem
Mega gniot

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *