Asaro Catherine – Wielka inwersja (dwugłos)

wielkainwersja Miałam ochotę na dobre  Science – fiction…. A wierzcie mi ostatnio łatwiej chyba  o  kota w butach niż o dobrą książkę z tego gatunku. Więc kiedy w ręce wpadła mi Wielka Inwersja  to napaliłam się na nią niemożebnie. Raz, że autorka jest zdobywczynią sporej ilości całkiem poważnych nagród. Żadne tam „nagroda książki miesiąca New York Times’a” , tylko ni mniej ni więcej Nebula…. Dwa, że autorka jest naukowcem,  a ci zazwyczaj piszą książki naprawdę SCIENCE -fiction, które czytelnik może czytać bez obawy, że mu z kartek jakieś umęczone i jęczące fotony wyskoczą. Umęczone fotony nie wyskoczyły, ale….  Wierzcie lub nie, ale w którymś momencie zaczęłam się zastanawiać co ja tak naprawdę czytam.  Sam pomysł na fabułę nie nowy i nie stary, czyli wojna dwóch różnych federacji planet.  To co odróżnia go od innych to pomysł społeczeństw na dobrą sprawę eugenicznych.  Z jednej strony empaci z drugiej… no właśnie jak nazwać Aristo, istoty pozbawione uczuć wyższych, żerujące na emocjach innych, w szczególności na strachu i bólu? Sadyści? Nie jestem przekonana do tej nazwy, ale chwilowo nic lepszego mi do głowy nie przyszło. Empaci stworzyli i opanowali coś co nazywa się siecią Kyle’a, czyli, jeśli dobrze pojęłam długie i skomplikowane wywody autorki – sieć neuronalną.  I tu jest pierwszy haczyk – autorka zarzuca nas taką ilością przeróżnych szczegółów i szczególików fizyczno – chemicznych, że trzeba się mocno starać by w tej mieszaninie nie pogubić. Ja się parę razy pogubiłam, więc nie powiem z ręką na sercu, że wszystko jest dobrze logicznie poklejone ze sobą. No cóż, zachciało mi się „Science” to mam.  Ale dalej jest niestety gorzej. Uczciwe Science -fiction z całkiem sporym potencjałem zamienia się ni z tego ni z owego w kiepskie romansidło.  Pół biedy, że oni się kochają. Pól biedy nawet, że od pierwszego spotkania wiadomo co będzie dalej! Gorzej że autorka upycha tę miłość wszędzie gdzie się tylko da, a momentami również tam gdzie pasuje to jak wół do karety! Odłożyłam książkę z mocnym przekonaniem, że po następne tomy  nie sięgnę.  To mogła być fajna książka. Wyszedł… kiepski romans w kosmicznym mundurku, czyli coś mocno niestrawnego.

________________________________________________________________________________________________________________ Lashana

 

Zacznę od początku, czyli od okładki, która standardowo nie ma z treścią nic wspólnego (tag line nie mówi nic, a „terminator” w zieleni jest chyba przypadkowym obrazkiem).
Zaczyna się ciekawie – trochę wynalazków, trochę eugeniki, dwie zwaśnione nacje – empatów i żerujących na emocjach Aristo. Zaawansowana broń, wspomagani wszczepioną techniką żołnierze i szczypta polityki.
A potem po raz kolejny okazuje się, że miłe są złego początki. Autorka zarzuca biednego czytelnika taką ilością (fabularnie nieistotnych) detali z chemii, biologii, techniki i budowy sieci, że trudno ocenić czy mamy do czynienia z poziomem akademickim czy wyższym poziomem bełkotu. A że szybko potwierdza się, że te opisy są mało istotne, to nawet nie za bardzo jet sens, żeby wspomagać się wikipedią/znajomymi i zweryfikować z czym mamy do czynienia. Konflikt zbrojny (całkiem ciekawie naszkicowany) z Ziemią (a w zasadzie federacją ziemską) jako stroną neutralną też zapowiadał się ciekawie. Niestety bardzo szybko (nawet nie w jednej trzeciej książki) autorka funduje nam Wielką Idealną Miłość, która ma dość oczywiste zakończenie i która niestety zostaje mniej-więcej głównym wątkiem. Jakby tego było mało główna bohaterka zostaje wycofana z akcji i wysłana na galaktyczne zadupie, gdzie zostaje nam zafundowany szybki przegląd przez postawy zwykłych obywateli Imperialatu w połączeniu z (zdecydowanie dłuższą) listą traum głównej bohaterki. Przyznaję, że o ile to pierwsze jest dosyć standardowe i sztampowe to analiza żołnierza z zespołem stresu pourazowego, który jest na dodatek empatą i następcą tronu jest dosyć ciekawym i fajnie zrealizowanym pomysłem. Problem tylko w tym, że zamiast być przerywnikiem i okazją do lepszego poznania głównej bohaterki zmienia się nagle w główny wątek. A biedny czytelnik początkowo ucieszony pomysłem szybko zaczyna liczyć na porządną strzelaninę na każdej następnej stronie.
W sumie dostajemy mieszankę: żołnierz na terapii zmiksowany z Romeo i Julią z galaktyką w tle i z wojną majaczącą w oddali. Mogło z tego być fajne science fiction… a wyszło nie do końca wiadomo co, ale to coś jest bardzo ciężkostrawne, a na dodatek wieje schematem i nudą.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *