Corey James S.A. – Przebudzenie Lewiatana (Expanse t.1) – dwugłos

Pierwsze wydanie Przebudzenia wyszło pięć lat temu nakładem Fabryki. Podzielone na dwa tomy, co raczej nie przysporzyło książce popularności (żeby kupić zawartość będącą w oryginale jednym tomem trzeba było poświęcić, bagatela, jakieś 80 zł) i nawet blurby pisane przez R.R. Martina nie pomogły. Lewiatan szybko wylądował w taniej książce i nie doczekał się wydania pozostałych tomów. Mag przejął serię już po wejściu serialu na ekrany, zostawił oryginalny podział na tomy i zapowiedział od razu całość wydaną już pod szyldem Expanse, licząc na fanów serialu.
Pierwsze polskie wydanie było też reklamowane czymś takim: „Przebudzenie Lewiatana jest wielką powieścią pełną godnych kina kosmicznych bitew, walki wręcz i kilku historii miłosnych. Przystępną, świetnie się czytającą i w dobrym tego słowa znaczeniu rozrywkową”.
O dziwo, drugie zdanie jest w zasadzie prawdziwe. Czyta się lekko i szybko, autor (a właściwie autorzy) nie znęcają się nad czytelnikiem rozwodząc się nad szczegółami technicznymi, i dzięki temu nie mają też szans, żeby zabrnąć w ślepy zaułek, w którym science przestaje działać w tym fiction. I owszem, jest to książka rozrywkowa, chociaż nie jestem pewna czy w dobrym znaczeniu tego słowa. Nie mam nic przeciwko książkom rozrywkowym (jak widać po recenzowanych tytułach, to raczej wprost przeciwnie), ale jednak chciałabym, żeby były czymś więcej niż tylko kolejną wariacją na temat. Trochę oryginalności by się przydało na przykład. Albo szczypta humoru. Coś co by sprawiło, że nie zapomnę o książce pięć minut po jej skończeniu. A z tym w Przebudzeniu jest kiepsko, chociaż przyznaję – byłoby niezłą lekturą do pociągu. Czemu „byłoby” i tylko „w zasadzie prawdziwe” z początku akapitu? Bo redakcja posnęła, a korektor podpisał się chyba z rozpędu nie otwierając nawet tekstu. Galopujące stada literówek, ogryzione końcówki wyrazów, podejrzana odmiana przez przypadki, powtórzenia gdzie popadnie i konstrukcja zdań, która przypomina język roztrzepanego gimnazjalisty. Ała. A jakby tego było mało, to swoją cegiełkę dołożył też tłumacz. Co tam cegiełkę, całą ciężarówkę z cegłami. Bo trafiasz człowieku na takie zdanie: „nacisnął guzik warzenia” i zastanawiasz się co u diabła próbuje zrobić bohater, który jest w tym momencie na statku kosmicznym. Otóż wyjaśniam – parzy sobie kawę. Warzyć to mógłby sobie strawę nad ogniskiem, ale niech będzie, że się czepiam. Gorzej, że zdarzają się też takie kwiatki: „ruszył do elewatora ” i przyznaję, że trochę zgłupiałam i zaczęłam się zastanawiać czemu facet na stacji kosmicznej próbuje wejść do silosu ze zbożem (pomijam już fakt skąd to zboże w porcie kosmicznym). Okazało się, że wszedł do windy. Okej… elevator, czyli jakby to było w brytyjskim angielskim to szliby do luftu, bo lift brzmi podobnie!? I to nie było przeoczenie, ten nieszczęsny elewator pojawia się jeszcze parę razy. Poza tym większość bohaterów „replikuje” zamiast po prostu „odpowiadać”. Ale wróćmy do treści…
Treść niestety nie porywa, ot mamy stary jak SF konflikt Ziemi z koloniami, tym razem w bliższej niż dalszej przyszłości, a kolonie nie są jakoś bardzo odległe. Zieewww? Ile razy to już było? Chociaż trzeba przyznać, że społeczeństwo Pasiarzy autorzy stworzyli ciekawie i dość prawdopodobnie. Mamy parę kosmicznych strzelanin i parę tych mniej kosmicznych, a wszystkie opisane bardzo średnio – marne tempo, średnia akcja i napięcie, które nie zapaliłoby nawet latarki. Zabawki, które mają strzelający też są standardowe, więc nawet tu nie ma zaskoczeń. Przyznaję, jest jeden częściowo oryginalny motyw, a raczej nie tyle sam motyw co umiejscowienie go w kosmosie, ale nie jest to nic co by wgniatało w fotel z wrażenia.
Bohaterowie są niestety równie sztampowi co fabuła – cyniczny, zmęczony życiem detektyw, wyglądający jakby wyszedł z kryminału noir i idealista, który najpierw robi a potem myśli. Reszta bohaterów to kartonowe wycinanki, przemieszczające się gdzieś w tle, może z wyjątkiem Julie.
Jednak dla mnie największym problemem (poza jakością polskiego wydania) był brak opisów „okoliczności przyrody”. Statki, kajuty, kasyna, porty? No są. A jak wyglądają to już sobie, czytelniku, sam wymyśl. Dzięki temu w zasadzie nie mamy klimatu space opery, bo większość scen mogłaby się dziać gdziekolwiek. Pod tym względem zdecydowanie lepiej sprawdza się serial. The Expanse obejrzałam jak na razie do trzeciego odcinka i robi zdecydowanie większe wrażenie niż książka. Głownie dlatego, że twórcy starają się pokazać nie tylko to, że to naprawdę jest SF i nie dzieje się w Pcimiu, ale też, że postacie mają jakieś charaktery.
Wydanie Fabryki zdecydowanie odradzam. Nie widziałam nowego wydania, ale jeśli tłumacz jest inny a korekta lepsza to Przebudzenie może być niezłą książką do pociągu, która umili podróż i nie będzie wymagać zbytniego skupienia. Chyba, że już widzieliście serial – wtedy można sobie darować.

—————————————————————————————————————————————————————– by K.Wal

Miałam okazję czytać Przebudzenie Lewiatana już w nowej wersji okładkowej i jak się okazuje – lepszej językowo. Oszczędzone zatem zostało mi  męczenie się z literówkami i innymi kwiatuszkami opisanymi przez Lashanę. No, może poza elewatorem. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że gdzieś się o niego otarłam, a sprawdzać mi się zwyczajnie nie chce.

Jeśli chodzi o fabułę i bohaterów, to nie mam aż tak złego zdania o książce jak przedmówczyni, może dlatego, że ostatnio trafiały mi się pozycje z dumnym opisem „science fiction”, które powinny mieć w tytule dopisek „wydanie kolekcjonerskie dla masochistów, czytasz na własne ryzyko”. Po takich wytryskach literatury kawał porządnej powieści smakuje bardzo dobrze i jestem w stanie wiele autorowi wybaczyć.

Świat przedstawiony, no cóż, faktycznie, nie oferuje nam zbyt wielu szczegółów pozostawiając czytelnikowi miejsce na to, by wypełnił lukę własną wyobraźnią. To tak zwany język niespecyficzny i osobiście wolę sobie sama to i owo wyobrazić niż łykać wciskane na siłę wyobrażenia autora. Miałam zatem własną wizję Ceres i ta filmowa nie powala mnie na kolana. Znacznie większy problem miałam z bohaterami. Detektyw Miller to postać aż nadto wyraźnie wzorowana na Peterze Marlowie ( co gorsza nawet aktor grający tę postać dobrany jest fizycznie pod filmowego Marlowe’a!), zapijaczony, uczciwy drań, samotny do szpiku kości, który niespodziewania zakochuje się w… no właśnie, w kim tak naprawdę zakochuje się Miller? W Julii? W jej wyobrażeniu? W idei niezależnej odważnej kobiety? Nie wiadomo. Tak jak nie wiadomo czy to jeszcze miłość czy już obsesja. Holden, mimo, iż ma być pozytywnym bohaterem dla mnie jest stuprocentowym dupkiem. I to ma być oficer na statku kosmicznym?! Nie powierzyłabym mu nawet zarządzania wychodkiem. Reszta postaci jest mocno papierowa, pisana pod tezę i używana głównie do wygłaszania stosownych uwag.

Jeśli chodzi o fabułę, to nie ukrywam, że się z nią trochę męczyłam. Wielki spisek polityczno- kosmiczny? Fajnie, tylko czemu miałam problemy z połapaniem się o co której stronie chodzi i czym się różnią? Wątek złej korporacji chcącej zrobić sobie z cudzej biotechnologii broń? Od czasów Ósmego – 8 pasażera Nostromo wyeksploatowany do dna.  Rozwiązanie również pachniało mi Obcym, dla odmiany, częścią ostatnią. Co gorsza, miałam wrażenie, że autor się swoim pisaniem znudził i postanowił zakończyć książkę jakoś tak na chybcika i nie do końca starannie.

Poza tym jednak, jest to kawał niezłego sf które czyta się dość przyjemnie.

drugi tom (Wojna Kalibana) już zerka na mnie ze stosiku do przeczytania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *