Deas Stephen – Łowca złodziei

lowca-zlodzieiCzy jest równie sztampowy motyw w literaturze fantastycznej jak przeniesienie się do równoległego świata? Albo niezwykłe dziecię, które nagle odkrywa swoje dziedzictwo (w postaci mocy, ojca króla, albo ciotki – dobrej wróżki), ewentualnie nieszczęśliwa studentka (najlepiej rodem z literatury wschodniej)? Oczywiście. Tajemniczy mistrz (czegokolwiek) i jego krnąbrny i mało pojętny uczeń.
W Łowcy (jak się łatwo domyśleć po streszczeniu na okładce) mamy do czynienia z tym ostatnim przypadkiem.


Berren jest nastoletnim złodziejem wychowanym na ulicy. Zaułki portowego Deephaven zna jak własną kieszeń, wie kogo, gdzie i jak okraść. Jednak pewnego dnia wyłącza mu się instynkt samozachowawczy i okrada łowcę złodziei, który akurat odebrał nagrodę za schwytanie Berrenowych kolegów po fachu. Mistrz Syannis bez trudu znajduje chłopaka, jednak zamiast go zabić czy aresztować wykupuje go od jego mistrza i przyjmuje na ucznia, a Berren zrobi wszystko za mglistą obietnicę nauki szermierki.
W sumie – bardziej sztampowo być nie mogło. Mistrz Sy jest tajemniczy i niedostępny jak standardowa magiczna wieża, a ze strzępków informacji, które serwuje nam autor wynika, że ma jeszcze bardziej tajemniczą przeszłość (która zapewne upomni się o niego w kolejnych tomach). Niestety poza umiejętnością władania szablą i kilkoma regułami łowcy niewiele więcej można o nim powiedzieć. Jest też piękna dziewczyna, którą trzeba się opiekować (i która jest głównie umilaczem krajobrazu dla bohaterów). I uczeń, nieposłuszny i durny bardziej niż ustawa przewiduje. I to jest niestety jeden z większych mankamentów Łowcy – Berren jest nieprawdopodobny psychologicznie, nie wie czego chce, jest tak nieciekawy jak tylko może być młody bohater, a jedyne uczucie jakie wzbudza u czytelnika to przemożna chęć przełożenia go przez kolano.
Od czasu do czasu dostajemy też skrawki informacji na temat świata – są jakieś ościenne kraje (oczywiście wrogie), jest jakaś magia (związana z religią), jest magiczna stal (chyba tajemnicza też dla autora), jest jakiś władca w wysokiej wieży. Ale niestety w spójny i jasny obraz świata te fragmenty nijak nie chcą się ułożyć.
Z kolei samo Deephaven poznajemy dosyć dobrze. I o dziwo to też jest wada. Berren słucha wykładu mistrza – zwiedzają świątynie, rozmawiają o życiu – odwiedzają port, mistrz wykłada o władzy – oglądają bogatą dzielnice. I tak w tym stylu. Kolejne widoczki z miasta są tylko widokówkami – z rozmów nie za wiele wynika a akcji nie ma praktycznie wcale.
Kiedy w końcu coś się zaczyna dziać (i to na dodatek w dosyć ciekawej scenerii) to niezbyt to wpływa na fabułę i przyśpieszenie akcji.
Niezbyt prawdopodobny bohater, który nie ma celu, jego tajemniczy mistrz i świat, który mógłby być dowolnym pseudo średniowieczem fantasy i dostajemy w sumie, bardzo sztampową, nudną książkę, która zdecydowanie nie zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy.
Sztampowy gniot. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *