Ewa Białołęcka – Róża Selerbergu (dwugłos)

roza…czyli różowy romans złożony z trzech zbiorków opowiadań.
Pierwszy – Selerbergiada to pięć powiadań o bliźniętach – dzieciach ekscentrycznego arystokraty, który przez niedopatrzenie wysłał swoje pociechy do szkoły koedukacyjnej. Rinaldo – drobny blondyn skrywający duszę romantyka i Margerita – spore dziewczę trenujące krasnoludzki boks przez większość czasu starają się siebie unikać, przysporzyć jak najwięcej kłopotów swoim wrogom i nie popaść w kłopoty z dyrektorką przybytku. Dyrektorkę i placówkę raczej ciężko by było zaliczyć do normalnych. Po szkole biegają półdrowy, na wredne koleżanki rzuca się uroki, a w programie jest wróżenie z fusów.
Drugi – Przyczajony rycerz, ukryty smok, to historia siódmego syna siódmego syna, który chciał prowadzić spokojne życie, ale po pijaku zobowiązał się zabić smoka.
Trzeci – Saga o ludziach MOD-u czyli historie z życia smokobójców i ich potomków w trudnych czasach, kiedy przed wyruszeniem do ataku, trzeba poczwarę zapytać o numer PESEL, a potem rozliczyć się ze skarbówką.
Tej książki nie należy czytać w nocy – radosne kwiki obudzą nie tylko rodzinę, ale też sąsiadów. Szkoła z internatem, mimo że nie ma w niej magów dziwnie przypomina Hogwart. Młodzieńcze wojny i miłości, okraszone oryginalnymi smaczkami i podane w bardzo radosnym językowym opakowaniu doprowadzają do płaczu za śmiechu. Agenci korporacji HELL, banda pracoholików, który są zainteresowani kontraktem z rodzeństwem i wilkołąk (nie, to „ą” to nie jest literówka) już ostatecznie dobijają czytelnika, którego po dobrnięciu do końca Selerbergiady bolą żebra. Niestety zbiór kończy się sporym cliff hangerem, a całość do tej pory (pierwsze wydanie 2006) nie doczekała się kontynuacji nad czym mocno ubolewam.
Eril, nieszczęsny siódmy syn, ma pecha wpaść na smoka (mimo że wolałby stwora nigdy nie znaleźć), na dodatek dość nietypowego, a że wydarzenia obserwujemy i oczami nieszczęsnego rycerza jak i smoczycy, to radocha jest podwójna.
Smokerzy zabijający futrzaste smoki, też łamią wszystkie schematy, a ostatnie zdanie w zbiorze sprawia, że parska się śmiechem jeszcze podczas odkładania książki na półkę.
Całość jest lekka, inteligentna, dowcipna, wykpiwa schematy jakie się da i jak się da. Nie ma tematów tabu i nic nie jest święte – łącznie z okładką (z której niestety Runa zrezygnowała w drugim wydaniu).
Przebój.

——————————————————————————————————————————by Atisza ———

Mam w swojej dość pokaźnej biblioteczce półkę specjalną. Półkę na którą trafiają książki rarytasy, książki perełki, książki cudeńka. Takie po które sięga się wtedy, gdy poziom szmirowatości tego co czytało się ostatnio osiągnął absolutny szczyt i trzeba zaraz i natychmiast zaaplikować sobie coś normalnego, napisanego z sensem, przytupem i dowcipem. I jeszcze dodajmy do tego – pięknym językiem. Taka właśnie jest „Róża Selserbergu”.  Bezpretensjonalna, dowcipna, pogodna. Pełna zwrotów które natychmiast wchodzą do domowego repertuaru powiedzonek – jak chociażby „owoc romansu wikinga z halabardą” czy równie przepyszne  „ludzie mają uczucia i roznoszą je jak zarazę” czy scenek trwale zapadających w pamięć, jak wspomniany przez Shanę wilkołąk.
W „róży” nie przeszkadza mi nawet fakt, że napisana jest po części o młodzieży i dla młodzieży, a wierzcie mi, że książek potteropodobnych zwyczajnie nie toleruję.

Tak czy siak – „Róże Selerbergu” to absolutny przebój i nie mogę odżałować, że nie powstał jej ciąg dalszy.

One thought on “Ewa Białołęcka – Róża Selerbergu (dwugłos)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *