Goddard Robert – Dni niepoliczone

Nie wiem jak Wy, ja czasami mam wrażenie, że świat dookoła nas gania jak przysłowiowy kot z pęcherzem. Szybciej, szybciej, szybciej. I dziwaczniej. Im dziwaczniej tym lepiej.  Toteż z prawdziwą przyjemnością zagłębiłam się w czytanie powieści napisanej w roku 2003 – kiedy jeszcze nasz świat nie dostawał takiej pogonki i czegoś co pewien mój znajomy określa adekwatnie, acz nieelegancko – mentalną sraczką. Dni Niepoliczone, to kryminał w „starym” dobrym stylu: akcja rozwijająca się niespiesznie, mylne tropy, drobiazgi i szczególiki które mogą czytelnika naprowadzić na ślad, lub….. całkowicie zmylić. Postacie narysowane bogatą kreską, poprawne psychologicznie i prawdopodobne. Logika która nie wykonuje wolt i fikołków. Inteligentna intryga, oparta o niebanalny pomysł. Ładny język, bez korektorskich wpadek. Jednym słowem, byłaby bardzo udana lektura gdyby nie… zakończenie.  Tu się muszę na autorze wyżyć, bo zepsuł mi na koniec przyjemność czytania. Oto bowiem nagle, z ciekawego kryminału robi się nam sensacyjka niemal jak z powieści Dana Browna ( ach ten lekko mistyczny sosik tajemnicy sprzed wieków). Coś trochę z historii Anglii, coś z historii Biznacjum, coś trochę z templariuszy… , I cały czas puszczanie oka do czytelnika, że autor w to nie wierzy, hy,hy.  Same nawiązania do historii pewno jeszcze by mnie tak nie raziły – ostatecznie jeśli główny bohater ma na nazwisko Paleologus, to wręcz należy się spodziewać nawiązania do historii, w ten lub inny sposób. Najbardziej zirytowało mnie swoiste pójście na łatwiznę i skręt w kierunku „modnego” w czasach pisania książki tematu – bo inaczej nie potrafię sobie wyjaśnić  po co upychać w dość inteligentnej fabule  wątku templariuszy i wielkiej tajemnicy do której jakoby dotarli ryjąc pod wzgórzem świątynnym. (Czasami mam wrażenie, że jak otworzę instrukcję używania drukarki to też znajdę tam jakieś odniesienia do templariuszy). W dodatku autor najwyraźniej nie miał do końca pomysłu jak ten wątek ładnie wykorzystać, więc ślizgał się po nim jak węgorz po stole. Na koniec zaś udzielił wielce niesatysfakcjonującej odpowiedzi.

Podsumowując – książka przyjemna do czytania w 3/4 fabuły, z zakończeniem sprawiającym wrażenie że zostało napisane bo autor się własną książką znudził, z modnym wtrętem ( może agent powiedział, że będzie się lepiej sprzedać, kiedy w zajawce pojawią się templariusze i tajemnica?). I zakończona w stylu „a jednak się kręci”. Mocny przeciętniak, nie zdobył mojego serca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *