Gonzalo Giner – Czwarte przymierze

przymierzeMądrzy ludzie powiadają, że wszelka przesada jest niestrawna i prędzej czy później wychodzi przesadzającemu bokiem, lub inną częścią ciała. Po przeczytaniu Czwartego przymierza mam wrażenie, że Gonzalo Giner albo nie znał tego powiedzonka, albo też je zlekceważył. I w ten sposób stał się jego najlepszą ilustracją. No ,bo czego to w jego książce nie ma…. Starożytny spisek w który zamieszani są, a jakże templariusze, żydzi ( dokładniej lewici), inkwizycja i tajemnicza sekta. Biblijna przepowiednia z apokalipsą w tle, oraz legendarny przekaz o istotach wybranych i wybranym rodzie. Trzy magiczne artefakty, które zgromadzone w jednym ręku we właściwym czasie spowodują, iż przepowiednia się spełni i nadejdzie zapowiadane czwarte przymierze a w raz z nim apokalipsa na całą resztę świata. A skoro już w mistyczno biblijnych klimatach się obracamy to i  krew niewinnej ofiary też musi być obecna. Już nie pamiętam  czy ofiara była dziewicza, ale chyba nie. Niewinność mentalna wystarczyła. ( najwyraźniej autor miał świadomość, że w dzisiejszych czasach niewinność inna niż mentalna jest produktem wielce  deficytowym, by nie rzec, że rarytasem i czytelnik niepokalanej  pani w pewnym wieku raczej „nie kupi”).  Do tego tajemnica rodzinna,  dramat w tle oraz trójkącik damsko-męski. Wszystko podlane sosikiem z historii najnowszej, bo Hiszpanie już tak mają, że im się czasami  dyktatury Franco bez przerwy odbija.  Do kompletu brakuje już tylko zakonu Syjonu oraz wolnomularzy ( choć niektórzy twierdzą, że jak są templariusze, to tak samo jakby cała reszta była)?  Ale gdzie tam…. SĄ.  Zakon w zakonie czyli tajemnicza grupa wśród rycerzy templum, która chroni TAJEMNICĘ.  I wyjątkowo nie jest to tajemnica Graala… A skoro są templariusze, to muszą być  również zagadki mistyczno- architektoniczne bo wiadomo, że żadna „porządna” książka o templariuszach nie może się bez nich obyć. Zaś do kompletu całkiem gratis autor dorzuca  długie wstawki teologiczno-filozoficzne i zwykłe dłużyzny.

Jeśli rozbolały Was głowy od tej recenzji to pomyślcie sobie , jak mnie rozbolała łepetyna po lekturze tego dzieła…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *