Herman Eleanor – Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku

Książkę znalazłam przypadkiem. Mocno rzuciła mi się w oczy, bo nie dość że okładka krzyczy: wiktoriańska Anglia, to jeszcze znalazłam ją w sklepie ze zdrową żywnością. W ramach zdrowej dawki ironii zafundowałam sobie dawkę trucizny.
Okazała się to być dobrze odmierzona dawka – autorce udało się uzyskać równowagę między lekką i przyjemną do czytania książką, a historyczną lekturą opartą na solidnej ilości źródeł, z której można się czegoś nauczyć. Udało się też uniknąć spłycania tematu, dodać szczyptę humoru (chociaż mam wrażenie, że część zginęła w tłumaczeniu) i uniknąć konfabulacji. Kiedy nic sensownego nie wynika z porównania historii z nowymi odkryciami autorka częstuje nas może mało spektakularnym, ale za to prawdziwym wnioskiem: nie wiemy. Dzięki czemu unika kuszących sensacyjnych wniosków, które może i fajnie wyglądają na papierze, ale są z powietrza wzięte.
Już po przeczytaniu spisu treści widać, że etykietka na tej truciźnie kłamie. Ale tylko po polsku. W oryginale tytuł to: The Royal Art of Poison: Filthy Palaces, Fatal Cosmetics, Deadly Medicine, and Murder Most Foul. Polska wersja gdzieś gubi brudne pałace, zgubne kosmetyki i śmiertelne leki, a również to dostajemy w pakiecie. Autorka zajęła się wszystkim tym, co mogłoby zabić mieszkańca pałacu, zaczynając od samego pałacu, przez składniki leków i kosmetyków, po materiały do farbowania tkanin. Do tego opisuje tytułowe trucizny (mniej lub bardziej przypadkowe) i jeszcze bardziej trujące odtrutki. Mimo, że część tematów znałam z innych książek i tak bawiłam się przy lekturze całkiem nieźle, i na dodatek dowiedziałam się sporej ilości nowych rzeczy.
Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *