
(3 / 5) Skrytobójcę zaczęłam czytać po serii wyjątkowo nieudanych książek, takich w których szwankowało wszystko, od logiki poczynając na polszczyźnie kończąc. Nic zatem dziwnego, że Uczeń Skrytobójcy wprawił mnie w świetny nastrój. Czemu? Bo to po prostu fantasy w starym dobrym stylu. Coś bez naleciałości Harrego Pottera, bohatera z syndromem kopciuszka, czy rozpychającej się na kartach opowieści Mary Sue przekonanej o swojej niebywałej zajefajności, +10 do każdego oddechu. No i książka napisana jest porządną polszczyzną, bez równoważników zdań. Ba, to książka nad którą najwyraźniej pochylił się korektor! Ani jednej literówki! Na 500 stronach!Tytułowy uczeń skrytobójcy, to królewski bastard odkryty przypadkiem przez jednego z ludzi starego króla w zabitej dechami wioszczynie. Jego przybycie na dwór powoduje prawdziwe trzęsienie ziemi. Ojciec bastarda, książę Rycerski ( tak, naprawdę miał tak na imię…) zrzeka się praw do tronu i udaje na wygnanie, choć większość dworu uważa, że dzieciakowi należało po prostu cichcem skręcić kark. Druga żona starego króla zaczyna węszyć okazję na zdobycie tronu dla swojego syna, zaś sam król dostrzega okazję na zdobycie użytecznego narzędzia. Akceptuje dzieciaka, nadaje mu imię i oddaje pod opiekę zaufanego masztalerza i tajemniczego skrytobójcy. Niestety dość szybko okazuje się, że bastard ma magiczną moc rozmowy ze zwierzętami, uważaną za wynaturzenie. Traci więc swojego jedynego przyjaciela- szczeniaka. Rozpaczliwie samotny, niezrozumiany dzieciak, wychowywany przez surowego opiekuna, zaczyna też wkrótce pobierać nauki od królewskiego skrytobójcy. Tak zaczyna się jedna z bardziej znanych sag fantasy. To opowieść o magii, która jak każde narzędzie -w dobrych rękach jest dobra, w złych staje się straszliwa. I jak każda magia ma swoją cenę. W najlepszym razie odbiera siły i lata. W najgorszym – rozum i człowieczeństwo. Ale w opowieści Robin Hobb nie tylko magia odbiera człowieczeństwo bohaterom. Znacznie skuteczniej robią to inni ludzie. Ludzie którym człowieczeństwo odebrały ich niespełnione marzenia, przesadzone ambicje, zadawnione urazy, nietolerancja. To oni są najstraszniejszymi potworami w historii skrytobójcy. Opowieść rozwija się powoli, ale wyjątkowo takie tempo nie przeszkadza w lekturze, choć nie ukrywam, było kilka denerwujących dłużyzn. Czytałam też recenzje zżymające się na jednowymiarowość bohaterów. Ja jednak nie zgodzę się z takimi opiniami. Uczeń skrytobójcy to przede wszystkim powieść – maska. To odziana w fantastyczne szatki opowieść o wierności, człowieczeństwie, oddaniu. Wreszcie o szukaniu swojego własnego miejsca wbrew wszelkim przeciwnościom. Czy potrzebujemy do tego rozbudowanego psychologicznie bohatera, z zapałem gmerającego we własnym wnętrzu? W mojej opinii niekoniecznie. Mam po dziurki w uszach cierpień różnych mniej lub bardziej niedojrzałych bohaterów. Więc w tym przypadku mniej naprawdę znaczy więcej.
Co mi się nie podobało? Imiona postaci. Są tak łopatologiczne, że aż boli. I w dodatku od razu sugerują czytelnikowi jakim człowiekiem będzie dana postać. Rycerski, Prawy, Cierpliwa…. no litości, gryzło mnie to po oczach strasznie. W tym przypadku schematyzm i uproszczenie nie są zaletą, a potężną wadą.
Ciekawa jestem kolejnego tomu przygód Bastarda Królewskiego.