Ju Honisch – Obsydianowe serce (dwugłos)

obsydianowe-serce„Powieść gotycka z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku”. Steampunk? Czarny humor? Kupuje! Powieść gotycka i zachwyty wyprodukowane tuż obok powyższego cytatu, przez Tanye Huff już niekoniecznie, ale okładka kusiła.
Monachium. Młoda dama szuka przyszłego narzeczonego (oczywiście ma do towarzystwa przyzwoitkę i pokojówkę). Trzech oficerów (jeden angielski ignorujący zasady etykiety i dwóch bawarskich, z czego jeden jest chodzącym podręcznikiem dobrego wychowania w takim stopniu, że dziwiłam się, że nie szeleści kartkami) szuka tajemniczego, magicznego zwoju. Do tego mamy: maga na usługach rządu, śpiewaczkę operową, trzech zakonników z Zakonu Światła (wypisz-wymaluj hiszpańska inkwizycja), hotelowego lekarza i elfo-wampira, czyli przedstawiciela Si. Si są rasą ukrywającą się, i bliżej niekreśloną, poza jedną cechą wspólną – śpiczastymi uszami, mogą się różnić wszystkim – mocami, charterem i przede wszystkim, podejściem do ludzi. Całe to towarzystwo tkwi zamknięte w eleganckim hotelu, w którym rozpłynął się ów tajemniczy zwój, który podobno daje moc kształtowania świata. Intryga jest ledwo naszkicowana, o Si, ich mocach, mocach zwoju czy głównym antagoniście nie dowiadujemy się za wiele. Postacie pasują do epoki, ale są sztampowe i upiornie papierowe, a kiedy autorka próbuje im dodać drugie dno (nawet ciekawe, w niektórych przypadkach) stają się przewidywalne. Czarny humor – wykryty w śladowych ilościach. Trochę ironii w dialogach. Steampunk. O tak, jest. Na okładce. Tylko. Chyba żeby jeszcze doliczyć do niego kłęby pary wydobywające się z hotelowej pralni. Groza… no niezbyt. Bohaterowie głównie ganiają po piętrach w celach różnorakich – złapania potwora, uratowania towarzyszy, odzyskania rękopisu, przesłuchania, romansu i tak dalej…
Romansu w tym wszystkim najwięcej, na dodatek „główny podejrzany” w tej kwestii jest praktycznie znany od chwili, kiedy pojawia się po raz pierwszy na kartach powieści.
Plusem są kostiumy i scenografie, i o dziwo etykieta, która nadaje całości trochę smaczku i oryginalności, ale i tak pod tym względem (i wszystkimi innymi, mówią szczerze, też) Protektorat Parasola wypada zdecydowanie lepiej.
Całość przypominała mi kostiumowe anime – męski harem, spiczastouche wampiry, pełzające tentakle, dziury w świecie przedstawionym a wszystko to ładne i słodkie tak, że oczy zachodzą różową mgiełką.
Fanom lekkich romansów kostiumowych może się spodobać. Ja bym sobie z chęcią poczytała coś co nie jest debiutancką powieścią autorki, kiedy już będzie miała lepszy warsztat i bardziej będzie panować nad fabułą i postaciami, bo w Obsydianowym sercu był spory potencjał i nie czytało się tego tragicznie, ale zdecydowanie mogło być dużo lepiej.
Lekki gniot w ładnym opakowaniu
(I tak, mimo tego co napisałam wyżej książka ląduje w kategorii stempunk, bo tak: a) twierdzi okładka, b) twierdzi wydawca )

——————————————————————————————————————————————————–By Atisza —————-

Na początek cytat z okładki: „Powieść gotycka z dozą czarnego humoru i szczyptą Steampunku. Co to jest powieść gotycka wiem. Na całe szczęście do szkoły uczęszczałam jeszcze w czasach kiedy człowiek po liceum był naprawdę w miarę wykształcony… Trochę zdziwiła mnie owa zapowiadana doza czarnego humoru bo jako żywo innego w powieści gotyckiej spodziewać się raczej trudno.  Steampunk… hm…  powieść gotycka nie wyklucza użycia w niej  niebywałych wynalazków mechaniki rodem z książek Verne’a, prawda?
Niestety w trakcie czytania jakoś nie mogłam się doczekać pojawienia ani klasycznych elementów  powieści grozy ani elementów steampunkowych. Gdzież tu na wszystkie bogi nastrój grozy i niesamowitości? Owszem pojawia się demoniczny kochanek i niewinna ofiara ale…..  A elementy steampunku? Moim zdaniem jedynymi jakie w całym czytadełku wystąpiły są te … narysowane na okładce.
O czymże więc jest to dwutomowe dzieło? Tak naprawdę to nie wiem…. Aaa wiem. O miłości która przekroczy wszelkie granice (o ile jest prawdziwa) także te… międzygatunkowe.  W świecie wykreowanym przez autorkę egzystują obok siebie  ludzie i Si` czyli istoty magiczne. Si` mają w tym świecie mówiąc krótko przechlapane.  Zwykli ludzie się nimi brzydzą, poluje na nich tajemniczy zakon światła, oraz służby wywiadowcze różnych państw.  Tymczasem wśród Si` są – tak samo jak i wśród ludzi – dobrzy i źli. My poznajemy jedną z najgorszych istot ” z tamtej strony lustra” czyli wiatrochoda. Jest śmiertelnie niebezpieczna, bezwzględna, okrutna. Oprócz wiatrochoda  w tajemniczej rozgrywce bierze jeszcze udział wampir , mieszaniec oraz dziewczyna z kroplą krwi nereidy w żyłach. Tyle o „innych”. Ze strony nazwijmy to ludzkiej mamy obłąkanego jak się okaże maga, przedstawiciela wywiadu brytyjskiego, dwóch oficerów bawarskich,  pozbawioną skrupułów wdówkę, divę operową,  oraz pannę z dobrego domu.  A no tak, zapomniałam o trzech obłąkanych inkwizytorach z tajnego zakonu. Mieszanka tyleż piorunująca, co przyprawiająca o mdłości i ból głowy.
Fabuła jest równie zaplątana i pokręcona.
Otóż w Wielkiej Brytanii ukradziono rękopis o niesamowitej mocy. Jakiej tego do końca nie wytłumaczono, jedno jest pewne, całkiem spore grono świrów chce położyć na nim łapę. Na poszukiwanie rękopisu udaje się … nie, nie Smok Wawelski, tylko pułkownik Delacroix – były złodziejaszek, dotknięty mocą innych, wychowywany  przez okrutny zakon światła. Generalnie od razu trzeba stwierdzić, że poza bodaj jedną, najbardziej papierową postacią, wszyscy inni bohaterowie wykreowani przez  autorkę mają „coś” za uszami. Wdowa okazuje się czarną wdową, panna na wydaniu – córcią króla podziemia, diva operowa – kochanką wampira ( a wcześniej kochanką panów oficerów) mag przysłany na pomoc – zdrajcą i mordercą,  lekarz hotelowy – głównym konkurentem do rękopisu. Skąd w tej całej mieszance wziął się wiatrochód  nie zostało w fabule wytłumaczone. Ot jest, gania, usiłuje wciągnąć do swojego świata dziewczę z dobrego domu, to jest tego, córcię taty rzezimieszka( oraz potomkinię  nereidy w jednej osobie) .  Męcząca to lektura, momentami nudna,  momentami alogiczna, momentami irytująca, choć nie da się jej odmówić plusów – dobrego tempa akcji i rzeczywiście pewnej dozy czarnego humoru. Wszystko jednak psuje postać jednego z oficerów bawarskich. W zamyśle miała być  straszna i śmieszna. I na zamyśle się skończyło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *