Kuzneski Chris – Korona szaleńca

szalencaOpis na okładce głosił, że oto mam do czynienia z książką historyczno -przygodową niemalże w stylu Indiany Jonesa, jedną z siedmiotomowego cyklu przygodowego o dwóch kumplach Paynie i  ( nomen omen)  Jonesie.  Cykl miał być bestsellerowy, a o zaletach pisarstwa pana Chrisa Kuzneski’ego miała świadczyć nagroda Florida Book Award. Po doświadczeniach z „bestsellerowym i nagradzanym cyklem” Bractwo czarnego sztyletu mam pokrzywkę na takie zapisy na okładce, ale postanowiłam się nie uprzedzać. Miałam nadzieję, że pod tym szumnym opisem nie kryje się jednak gniot.Niestety. Po raz kolejny potwierdziła się stara prawda – im szumniejszy opis na okładce tym nędzniejsza zawartość. Tak naprawdę, to aż się nie chce tego czegoś recenzować, bo nie wiadomo z której strony owo „cudo” napocząć. Po pierwsze miałam nieodparte wrażenie, że intryga historyczna jakkolwiek prawdziwa miała służyć tylko i wyłącznie do tego, aby przekonać czytelnika o niebywałej zajebistości głównych bohaterów. Bądź co bądź przez dziesięciolecia nikt nie był  w stanie rozwiązać zagadki Łabędziego Króla, a naszym bohaterom, choć nie mają potrzebnej wiedzy i niemal żadnego doświadczenia, wszystko idzie podejrzanie łatwo.  Zresztą z całej książki emanuje głębokie przeświadczenie o nadrzędności Amerykańskich Ludzi nad jakimiś tam „europejczykami”. Czarne charaktery są nie tyle czarne, ile przede wszystkim niebotycznie głupie. Ci co stoją po stronie dobra potrzebują amerykańskiego stylu dowodzenia, bo inaczej zostaną wybici do nogi, główny „mózgowiec” ekipy co prawda jest wykształcony, ale gruby i jakiś taki przy panach komandosach rozmemłany, no jednym słowem ostatnia lebiega… Wywróciło was już na drugą stronę? A to jeszcze nie koniec. Nasi bohaterowie odzywają się do siebie w sposób który zapewne miał wskazywać na ich przyjaźń, kumplostwo i dowcip. Niestety autorowi wyszły zaczepki i dowcipy, wróć, „dowciapy”  rodem z męskiej szatni jeśli nie gorzej. No chyba, że tak okazują sobie przyjaźń amerykańscy komandosi z elitarnych jednostek, a tylko ja nie mogę pojąć głębi rzeczonych wynurzeń.  Za szczyt finezji i przewrotności w owych żartach uchodzi zdalne zmienianie dzwonka na komórce…. Tak czy inaczej nasi dzielni chłopcy zza oceanu urządzają sobie w pewnym momencie małą prywatną wojenkę w środku Europy, na pograniczu Niemiec i Szwajcarii, trup ściele się gęsto, świadków strzelaniny jest w trzy ducki i co? I nic! Żadnego zainteresowania władz, żadnej reakcji ze strony policji, żadnego międzynarodowego skandalu! A wiecie dlaczego? Bo chłopaki zadzwonili do kumpla w Stanach pracującego w BARDZO TAJNYCH SŁUŻBACH żeby „to” jakoś załatwił… A to tylko jedno z wielu miejsc w tej książce, gdzie logika uciekła z wrzaskiem, a sens schował się pod stół.  Jeśli do tego dodamy papierową intrygę, przewidywalną fabułę ( o ile można nazwać fabułą to coś), kompletnie sztuczne postacie oraz dialogi porywające jak serek pleśniowy  to dostaniemy marne czytadło klasy „błe”, czyli coś co tak naprawdę nie nadaje się do czytania -no chyba ze chcemy się wprawić w stan permanentnego niesmaku i zdegustowania. Jedyną zaletą tej książki jest być może to, że amerykański czytelnik który po nią sięgnął dowiedział się nieco o atrakcjach turystycznych Bawarii i pewnym mocno stukniętym, ale oryginalnym władcy.

Gniot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *