Lem Stanisław – Niezwyciężony

4 out of 5 stars (4 / 5)
Jaki jest sens recenzowania czegoś, co zostało wydane po raz pierwszy prawie 60 lat temu? Można próbować udowadniać, że treść mocno się zestarzała (lub nie)? Można stwierdzić czy nadal nadaje się do czytania? I może skusić kogoś do lektury (jeśli byłoby czym kusić)? A poza tym mamy rok Lema, wypadałoby wspomnieć imiennika planetoidy i jednego z bardziej znanych polskich twórców.
Lem napisał 16 powieści i dwa razy tyle zbiorów opowiadań. Bez problemu zmieniał i mieszał gatunki – od kryminału, przez groteskę, po hard SF. Philip K. Dick uważał, że Lem jest zespołem pisarzy – jeden człowiek nie powinien być w stanie wyprodukować tylu, tak różnych, tekstów.
Niezwyciężony jest klasyczną fantastyką naukową. Nie znajdziemy tu rozwlekłych monologów o kondycji ludzkości, rozważań filozoficznych ani kwiatków w postaci malowania rakiety w próżni.
Dostajemy za to misję ratunkową na obcej planecie i dużo informacji upakowanych na niewielkiej liczbie stron. Z drugiej strony, nie mamy też informacji zbędnych, które autor by nam podsuwał, bo tak akurat wyszło – dostajemy dokładnie tyle, ile potrzeba by zobaczyć pełen obraz i samemu zadać pytania, których tym razem autor nie zadaje wprost. I jest to ten rodzaj SF (nie licząc military SF), który lubię najbardziej – z zewnątrz sama akcja, oryginalne pomysły na technologię i okoliczności przyrody, a pod spodem – sporo pytań. Pytań o ludzkość, granice podróży międzygwiezdnych, odpowiedzialności i porozumienia.
Czy Niezwyciężony się zestarzał? Troszkę, i to tylko w aspektach mniej ważnych, które można zignorować bez strat dla fabuły. Na przykład dziś autorzy raczej wysyłają na planetę lądowniki, a nie całe statki. Jest parę językowych anachronizmów (oraz przeskakiwanie z mil na kilometry, czego, mam nadzieję, redaktor by dziś nie przepuścił). I mocno rzucający się w oczy fakt, że w kosmosie są sami mężczyźni.
Cała reszta – ta najbardziej istotna – jest wręcz przerażająco aktualna. Albo raczej przerażająco futurystyczna. Bo to, co opisał Lem, nie stało się w międzyczasie naukową bzdurą, ale nadal jest bardzo mocnym science fiction. Z naciskiem na science – dziś wiemy, że takie rozwiązania mogą być kiedyś wykonalne. Jakim cudem Lem wpadł na nie 60 lat temu? Oto jest pytanie… A może technika wygląda jak wygląda, bo naukowcy czytali w młodości Lema, Gibsona, Dicka?
Polecam. Zwłaszcza fanom wizji Wattsa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.