Łukjanienko Siergiej – Szósty patrol

Szosty-Patrol-_bn43674

Siergieja Łukjanienkę szanuję, a jego liczne książki już nie raz tu gościły. Na Szósty Patrol przyszło mi dość długo czekać – i to w dodatku po tym jak poprzedni Nowy Patrol pozostawił mnie z dość mieszanymi odczuciami.

Na pierwszy rzut oka można jednak zauważyć, że przynajmniej wydawca naprawił to, co po raz pierwszy wydając Nowy Patrol spartolił. Okładka jest utrzymana w stylu charakterystycznym dla oryginalnych wydań pierwszych czterech książek cyklu. Jest też dostępna, oczywiście, w kolorze oczowyrazista zieleń – i to też ma jakiś sens. Doceniam jednak że zadbano o harmonię na mojej półce.

Skoro już sama okładka mnie nie odrzucała, mogłem spokojnie wgryźć się w treść. Co tam znalazłem?

Ostatnio recenzując Judasza Wyzwolonego Petera F. Hamiltona narzekałem nieco na to, iż jest to więcej tego samego. Mimo, że zarówno fabuła, jak i warsztat nadal stoją na bardzo wysokim poziomie, brakuje tego magicznego „czegoś”. I tutaj jest bardzo podobnie. Z miejsca wchodzimy do akcji i wracamy na stare śmieci, towarzysząc Antonowi Gorodeckiemu. Bez znajomości poprzednich części, przynajmniej pobieżnej, nie podchodź. Wydarzenia z Nowego Patrolu najlepiej zaś znać w te i we w te, bo inaczej połowę odniesień się tutaj pogubi.

Czyli autor się zgadza, warsztat się zgadza, uniwersum się zgadza. Fabuła – obecna. Postaci – bez zaskoczenia, ale na ogół nie dwuwymiarowe; część postaci pobocznych, owszem, została w tej kwestii potraktowana nieco po macoszemu. Co się więc nie zgadza? Poważnych zarzutów mam dwa.

Po pierwsze, Łukjanienko zazwyczaj swój komentarz polityczny, pochowany po Patrolach, serwował znacznie subtelniej. Tutaj jednak mamy odniesienia wprost do sytuacji na Ukrainie i na Krymie, w dodatku przedstawione – przynajmniej tak mi się wydaje, jako osobie z dostępem do wolnych mediów – w nieco krzywym zwierciadle. Co i rusz jesteśmy ponadto karmieni informacjami że Rosjanie już nie piją, a za palenie w miejscach publicznych grozi wysoki mandat. No i świetnie, gratuluję zdrowia bratniemu narodowi. Tyle że te wtręty nie są wpasowane w resztę książki szczególnie finezyjnie, jest to po prostu niezbyt subtelna propaganda.

Bardzo nie lubię też przepisywania historii, szczególnie starożytnej. W Patrolach ta historia jest, po pierwsze, nie najgorzej znana, a po drugie – dość istotna. Nieszczególnie więc podoba mi się moment, kiedy okazuje się iż na bohaterów czyha szujstwo tak starożytne, iż nawet najstarsi górale o tym nie pamiętają, a dokument zachował się jeden – w dodatku czystym przypadkiem. Krótko mówiąc, Łukjanienko wykręcił ulubiony numer Stevena Moffata: nikt nigdy nie mówił że historia tak wyglądała, ale przecież nikt też nie mówił że nie wyglądała. A to znaczy, że mogłaby.

Kombinowanie z istotami zrodzonymi ze Zmroku było ciężkostrawne już w Nowym Patrolu, przynajmniej dla mnie. Osobom myślącym podobnie polecam zażyć jakiś mocny środek który trawienie wspomoże przed lekturą. Zawartość procentów nie jest niewskazana. Ja wszystko rozumiem, to jest jego uniwersum, jego stworki i może z nimi robić co chce, ale nawet Zmrok powinien mieć ograniczoną zdolność – tudzież potrzebę – wypluwania z siebie pokemonów…

Cóż mam tu napisać? Fani serii łykną to tak jak ja – z rozpędu i przyzwyczajenia. Cała reszta czytelników raczej się nie wciągnie bez znajomości początku cyklu (uwaga – przeczytanie książek 1-4 grozi gwałtownym zassaniem w grono fanów). Wszystko wskazuje na to iż jest to koniec cyklu. Może i dobrze. Zdaje się, że Łukjanience już się wyczerpały pomysły. Gdybym był tylko trochę złośliwszy, powiedziałbym wręcz, że zamiast „Szósty Patrol” lepiej pasowałaby nazwa „Ostatni Kupon”, bo więcej nie można ich było od Patroli odciąć…

Szkoda, że bardzo przyjemnego dzieła nie wieńczy jakiś bardziej spektakularny koniec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *