
(2,5 / 5) Tym razem sięgnęłam do źródła, czyli do książek autorki uznawanej za absolutną mistrzynię cyklu romantasy, od której zaczęła się moda na wszelkie dwory i potwory. Seria ma swoich zagorzałych wielbicieli i jeszcze bardziej zagorzałych wrogów, więc chciałam się przekonać jak to się zaczęło i czy mi posmakuje. No cóż, pierwszy tom nie powalił mnie specjalnie na kolana, choć muszę oddać autorce ze jest całkiem sprawną pisarką i do jej stylu pisania nie można się w żaden sposób przyczepić. Co więcej, we wszechobecnym zalewie książek, których autorzy piszą równoważnikami zdań oraz prezentują nad wyraz skromny zasób słownictwa, Autorka zdecydowanie się wyróżnia. Pisze ładnie, zgrabnie i przyjemnie się ją czyta. Sama fabuła jest wariacją na temat motywu pięknej i bestii i w trakcie lektury nie mogłam się opędzić od obrazów z kreskówki Disney’a. Zwłaszcza, gdy autorka opisywała kły i pazury Tamlina. (No przepadło, choćby nie wiem jak autorka opisywała jego stroje – ja widzę go wciąż w niebieskim surduciku… ) Rzecz jasna mamy też motyw okrutnej klątwy, złej królowej i podziemnego piekła. Wszystko bardzo zgrabnie wymieszane i splecione. Akcja… no tu mam pierwsze poważne zastrzeżenie. Dość często jest… usypiająco. Nawet w kazamatach pod górą – gdzie spodziewałabym się znacznego przyspieszenia – akcja utyka w wewnętrznych przeżyciach i dylematach głównej bohaterki. To niestety stępia ostrze wydarzeń i sprawia, że trudniej dostrzec wyjątkowość Feyry. Co więcej, momentami miałam wrażenie, nie że znalazłam się na potwornym dworze Amaranthy, ale na groteskowym dworze Jabby z Gwiezdnych wojen. Zwłaszcza scena walki z czerwiem przywodziła na myśl walkę Hana Solo z kosmicznym potworem. Jak więc sami widzicie, zapożyczeń z kultury pop mamy tu całkiem sporo. Sam finał miał być zapewne wielkim łubudu, ale niestety dla uważnego czytelnika był bardzo przewidywalny. I trochę przez to rozczarowującym.
Bohaterowie… Ha, tu mam problem. Trudno lubić fae. Nawet kiedy są tacy biedniusi w swoich maseczkach, nawet kiedy się starają być mili i dobrzy dla Feyry, czuje się w nich pewien fałsz. Ostatecznie oszukują dziewczynę od samego początku i wszystkie ich działania podszyte są tą ukrytą wyższością nad biedną człeczyną która się im tu po świecie plącze pod nogami i zawadza. Żadna z męskich postaci nie rzuciła mnie na kolana. Ani szlachetny do urzygania Tamlin, ani cwaniakowaty Lucien, ani mroczny i złośliwy Rhys. Wszyscy są jak uczniowie z tej samej klasy przepychający się, który pierwszy pociągnie koleżankę za warkocz, albo wsadzi jej przysłowiową żabę do piórnika. A Feyra jest momentami bezbarwna. Jednak, jak się dłużej nad tym zastanowić – można uznać to za zaletę postaci. Na całe szczęście, autorka poprzestaje jedynie na puszczaniu do nas oka, że dziewczyna jest czymś więcej. Gdyby zrobiła z niej typową Marysię Sue, książka chyba byłaby nie do przeczytania.
Podsumowując – na razie bez szaleństw. Dwór… trochę usypia, trochę irytuje, ale czyta się go lekko i przyjemnie. Zobaczymy co będzie dalej.
________________________________________________________________________________________________________ Lashana
[user 1,5]
Mam wrażenie, że ja się wynudziłam bardziej.
Co do jednego zgadzam się z K. — autorka ma niezły styl i bogate słownictwo, i pod względem czysto językowym Dwór wypada całkiem nieźle. I w przeciwieństwie do wielu autorów, którzy uznają opisy za niepotrzebną fanaberię, Sarah J. Maas przesadza w drugą stronę i funduje czytelnikowi opis futryny na dwa akapity. A potem opis drzwi w tej futrynie. Też na dwa akapity. A potem po całości: wzorki na tapecie, obrazy w domowej galerii, okoliczności przyrody, poszczególne kwiatki i tak dalej, i w tym stylu. Z jednej strony doceniam, że jest opis czegokolwiek, i przyznaję, że te opisy są bardzo plastyczne, ale naprawdę nie wszystko wymaga miliona szczegółów powtórzonych po trzy razy. Bo potem się człowiek dziwi, jakim cudem w pięciuset stronach zmieściło się tak mało akcji. No właśnie tak.
Akcja też nie powala. Mamy skrzyżowanie Pięknej i Bestii z Igrzyskami śmierci i nutką Gwiezdnych wojen. Pierwsze rozdziały były napisane tak, że nie raz i nie dwa miałam ochotę rzucić tym dziełem o ścianę. Jaka to Feyra jest biedna, jak biega z łukiem po lesie, żeby wyżywić rodzinę. Jaki jej ojciec jest bezradny. Jakie siostry są złe i samolubne. I w jakich strasznych warunkach mieszkają, ojejku jej. A wszystko to z subtelnością tony cementu zrzuconej czytelnikowi na głowę. Zwłaszcza opis sióstr jest tak przerysowany, że zaczyna być śmieszny i przed oczami stają złe siostry Kopciuszka z animacji Disneya. A kiedy dziewczyna trafia do świata fae, ma wybrać między jednym a drugim elfem. Do wyboru: przystojniejszy, wyższy, bogatszy, szlachetny książę i jego przydupas. Zgadnijmy, kogo wybierze. No fascynująca ta fabuła była.
Pojawiają się jakieś napomknięcia o niemilcach na ziemiach fae, jakieś wzmianki o straszliwej klątwie i jeszcze straszniejszej tajemnicy, ale to wszystko tonie w opisach… wszystkiego. W takiej ilości, że ginie rytm, akcja i suspens. Opisy sprawdzają się świetnie, kiedy widzimy świat oczami Feyry, i przyznaję, że za to jest dodatkowe pół gwiazdki. Problem w tym, że poza miłością do malarstwa dziewczyna nie ma żadnych innych cech. Jest niedorobioną Katniss biegającą z łukiem i lubiącą malować. Koniec, kropka. Co i tak jest szalenie rozbudowaną charakterystyką w porównaniu z Tamlinem, który jest po prostu czarującym księciem. Trochę lepiej wypadają Lucien i Rhys, bo w ich przypadku można się chociaż domyślać, że coś knują.
Moment w którym niektórym postaciom poprawia się charakter pod wpływem pieniędzy, rozbawił mnie bardziej niż cała reszta książki razem wzięta.
Niestety nawet finał nie ratuje sytuacji. Czarny charakter jest równie przerysowany i karykaturalny jak siostry bohaterki, akcja wlecze się niemiłosiernie, Feyra dokonuje samych złych wyborów i na dodatek okazuje się być kretynką. Taką naprawdę konkursową. A kiedy dziewczyna biedzi się tygodniami nad oczywistą zagadką, to czytanie o tym fizycznie boli.
Wynudziłam się straszliwie. Zirytowałam solidnie. Chwilami miałam wrażenie, że czytam katalog z Ikei z opisami zamiast zdjęć i muszę wygrzebywać resztki leżącej i kwiczącej akcji spod stosu tapet, farbek, ramek i fatałaszków. Nie polubiłam żadnego z bohaterów. Kompletnie nie rozumiem zachwytów internetów nad tą książką. Ale zamierzam przebrnąć przez drugi tom, który podobno jest lepszy. Głównie dlatego, że mam niewielką nadzieję, że gorzej naprawdę już być nie może.