
(3,5 / 5) Feyra, przeistoczona przez siedmiu książąt w fae wraca na dwór Tamlina. I szybko okazuje się, że to co miało być bajką zmieniło się w koszmar złotej klatki, a książę z bajki przeistoczył się w egoistycznego łobuza seksistę. Nie zabrzmiało dobrze? Bez obaw – tym razem klątwy drugiego tomu nie było. Autorka postarała się, aby czytelnik był co najmniej zadowolony, a momentami wręcz wbity w fotel.Razem z Feyrą odkrywamy nowy świat. Świat tak inny od tego, z którego uciekła i tak odmienny od jej wyobrażeń. Ciemny książę jest ciemny to prawda. Ale wcale nie jest taki mroczny jak sobie wyobrażała. Świat fae też nie jest taki jak sobie wyobrażała. I na koniec, ona nie jest taka jak się wszystkim na czele z nią samą wydaje. Wskrzeszona Feyra nie ma w sobie nic z dawnej niewinnej dziewczyny, niemal dziecka, które trafiło w sam środek okrutnej awantury potężnych istot. Dojrzewa, odkrywa siebie, zaczyna rozumieć, że świat nie jest ani horrorem, ani bajką a posiadanie kłów, pazurów czy skrzydeł nie oznacza automatycznie bycia potworem. A ponieważ to Romantasy nie może zabraknąć również miłości. I tej poetyckiej i tej jak najbardziej cielesnej, choć do tego wątku mam akurat najwięcej zastrzeżeń. Jest tak łopatologiczny, że aż nudny. Wszyscy wiemy, że są dla siebie stworzeni, wszyscy wiemy, że będzie wielkie bum i… czekamy, a bohaterka co i rusz podkurcza palce u nóg co jest wybaczcie spojler sygnałem rodzącego się podniecenia.
Tak czy inaczej, mamy rodzące się uczucie, świat do odkrycia, tożsamość do odkrycia, polityczną intrygę i nadciągającą wojnę. A baśń Piękna i Bestia zamienia się w wydanie Piękne i Bestie. Bo tym razem do gry wkroczą również siostry Feyry, a od bestii będzie się na stronach roiło. Poznamy też nowych towarzyszy ciemnego księcia, Ciemnych jak on, mrocznych jak on i jak on skrywających własne bolesne tajemnice i gorzkie dramaty. Fabuła jest logiczna, dobrze poukładana, choć momentami przewidywalna. Autorka na całe szczęście nie nadużywa magii do popychania akcji w przód, więc jestem w stanie jej darować telepatyczną więź przez tatuaże i inne takie. Akcja na początku nie porywa, snuje się dość leniwie, co pozwala autorce na lepsze zarysowanie postaci i dodanie im nieco szarości i cieni. Już nie są tacy jednoznaczni jak w tomie pierwszym. Mniej więcej w połowie historia zdecydowanie przyspiesza zmierzając do wielkiego finału i muszę przyznać, że nieco mnie tym finałem zaskoczyła. A czytając inne recenzje widzę, że nie ja jedna dałam się ukołysać zwodniczemu światu fae. Kończąc wątek fabuły muszę stwierdzić, że o ile wplecenie wątków z mitologii celtyckiej bardzo mi się podobało, o tyle żerowanie na czarnoksiężniku z Oz już zdecydowanie mniej. Jeśli chodzi o bohaterów, to nieco mnie rozczarował Rhysand. Jest taki dobry, taki wspaniały, taki mądry i wyrozumiały, że aż się można przylepić do kartek. A znowu Tamlin sportretowany został jako totalny, 200% dupek. Autorka naprawę się postarała, żeby czytelnik miał powody do znielubienia tej postaci. Z nowych bohaterów najbardziej podoba mi się Amrena – przedwieczna istota zaklęta w ciało człowieka. Pozostali są jeszcze zbyt papierowi, by można ich było ocenić. Jak widać z rozwoju historii autorka lubi zaskakiwać rozwojem postaci
Z tomu drugiego powinni być zadowoleni wszyscy. I ci, którzy szukali na jego kartach romantycznej miłości i ci którzy chcieli przygodówki i ci którzy kochają magię a zwłaszcza magiczne przedmioty. Daję 3,5 bo muszę coś zostawić na pozostałe tomy.
__________________________________________________________________________________________________________ Lashana
(1 / 5)
I to miał być ten lepszy tom, tak? Chciałabym się upewnić… W pierwszym tomie przy paru fragmentach miałam ochotę rzucić książką o ścianę, w drugim tomie chęć wyrzucenia lektury przez okno nachodziła mnie średnio raz na rozdział.
A jeśli w pierwszym tomie autorka wykazuje subtelność tony cementu, tak tu dostajemy cały arsenał: półtonowe kowadło, ceglaną ścianę i tace z kutego żelaza, którymi obrywamy na zmianę, żeby absolutnie wszystko dotarło. A jakby tego było mało, towarzyszy temu wycie syren, machanie paluchem i świecenie reflektorem lotniczym prosto w oczy. Żeby-na-pewno-dotarło. Po każdym takim fragmencie miałam serdecznie dosyć, a było ich naprawdę sporo.
Zaczyna się od katastrofy zwanej dla niepoznaki ślubem. Bo przecież kiedy obie strony mają solidny przypadek PTSD, własny zestaw koszmarów, nie potrafią ze sobą rozmawiać, a facet ze strachu tworzy złotą klatkę, to najlepszym rozwiązaniem problemów będzie… Terapia? Rozmowa? Rozstanie? Nie. Małżeństwo! Przecież nic tak nie cementuje relacji jak wspólna trauma i brak komunikacji.
I żeby było jasne — nie bronię Tamlina. Ale wkurzało mnie niepomiernie, że każdy jego błąd był podkreślany trzy razy, a czytelnik dostawał jeszcze cegłą w łeb, żeby na pewno nie przeoczył, że to zły facet jest.
Niestety to był tylko wstęp do opery. Cały festiwal subtelności czeka na nas przez większość fabuły, która głównie skupia się na udowadnianiu czytelnikowi i Feyrze, że Tamlin jest wcieleniem zła, a Rhysand chodzącym ideałem. Zaczynając od tego, że Feyra pięć minut po opuszczeniu Dworu Wiosny odkochuje się i dochodzi do wniosków, do których ludzie dochodzą po miesiącach terapii. Wniosków, owszem, słusznych, ale tempo i subtelność tej przemiany przyprawiają o zawrót głowy.
Najciekawsze — i podejrzewam, że zupełnie niezamierzone — jest to, że tym razem toksyczną stroną związku jest kobieta. Feyra z brakiem charakteru była bardziej znośna niż Feyra zachowująca się jak rasowy troll internetowy. Bohaterka szasta osądami, dopisuje sobie scenariusze, odsądza bohaterów od czci i wiary przy każdej okazji. I nie przyjdzie jej do pustego łba, żeby zapytać albo, nie dajcie bogowie, sprawdzić fakty. Rhysa traktuje jak zabawkę. Ignoruje Morrigan, która ją uratowała. Jej rozważania o książętach można streścić jednym zdaniem: facet jest fajny, póki robi to, co ona chce, kiedy ona chce i skupia się wyłącznie na niej. I Rhys dokładnie to robi. Każda scena, w której Feyra stwierdza, że on jest idealny, sprowadza się do tego, że Rhys mówi i robi dokładnie to, czego i kiedy ona zechce. I to ma być ta wielka miłość, która sprzedaje tę serię? Ała. Ja wysiadam. Dwa tomy wystarczyły, po trzeci na pewno nie sięgnę.
Jeśli chodzi o bohaterów, to sytuację ratuje dwór Rhysanda — Morrigan, Amrena, Azriel i Cassian. Cała czwórka jest na razie ledwo zarysowana, mimo to i tak z chęcią zamieniłabym na nich duet głównych bohaterów.
Jest tu też jakaś szczątkowa fabuła, jakaś intryga, jakaś wojna majacząca w tle, ale te fragmenty zajmują mniej miejsca niż sceny seksu. Bo w romantasy seks musi być. I jest – do tego stopnia, że pod koniec jest to już bardziej porno z elfami niż fantasy. Co kto lubi; ja akurat scen wykorzystania powierzchni płaskich w literaturze fantastycznej nie potrzebuję do szczęścia. Zwłaszcza jeśli te sceny są napisane tak sobie. A przy kolejnych zachwytach tatuażami Rhysanda zaczynałam kartkować książkę do pierwszego dialogu, żeby nie umrzeć z nudów.
Dzięki, wystarczy, dwa tomy to i tak było za dużo.