Mahurin Shelby – Gołąb i wąż

1 out of 5 stars (1 / 5)
Czasem trafiam na książki, które wywołują we mnie nagłą chęć tworzenia rankingów na stronie. Jak się można domyślać rzeczone lektury plasowałyby się na górnych pozycjach tych rankingów. Gołąb i wąż, to właśnie książka tego typu. I od razu trafiłaby na dwie listy. Pierwszą byłaby: „bzdury wywołane brakiem researchu”, drugą: „idiotyczne sceny seksu”.
Chociaż nie, lista byłaby jeszcze jedna: „najbardziej durny pomysł na połączenie bohaterów”. Zacznę od końca. Nie będę niczego spoilerować – wszystko jest opisane w oficjalnym streszczeniu. Lou jest czarownicą ukrywającą się w dużym mieście i starającą się nie wykorzystywać magii. Reid jest inkwizytorem – łowcą czarownic. Kiedy przypadkiem walczą na oczach świadków, biskup, żeby ratować honor Reida, zmusza ich do małżeństwa. Bo własną żonę można bić, a randomowej baby nie. Headdesk. No niech mi ktoś rozrysuje logikę tego posunięcia, bo nie ogarniam. Czemu Lou nie próbuje uciec? Czemu nie ogłoszą, że była to próba aresztowania? Czemu ktokolwiek się na to godzi? W każdym razie, na pohybel logice, bohaterowie biorą ślub i zamieszkują razem w inkwizytorskim akademiku. To znaczy klasztorze. Przy tym klasztor jest to kiepski, skoro dopuszcza małżeństwa. Na dodatek inkwizytorzy mają osobne pokoje. W pokojach łazienki. Z wanną. I bieżącą wodę. Ciepłą. Ot, magia chyba. A nie, magia jest zła. A mamy Francję za czasów Ludwika… Chyba research jest równie zły co magia. Eh…
Oczywiście bohaterowie po jakimś tygodniu unikania się na tyle, na ile się da mieszkając w jednym pokoju i braku jakichkolwiek rozmów zaczynają pałać do siebie wielką miłością. Syndrom sztokholmski jak nic.
Całe szczęście, poza sztucznie wymuszonym romansem jest jeszcze jakaś intryga. Niezbyt skomplikowana i niezbyt wciągająca, ale dająca się czytać. Problem w tym, że tego romansu i intrygi starcza góra na połowę książki, pozostałe 200 stron to bicie piany, profesjonalne dłużyzny i opisy rzeczy nieistotnych. Generalnie – dużo słów, mało treści.
Bohaterowie są ledwo naszkicowani – Reid byłby wcieleniem baśniowego rycerza w lśniącej zbroi, gdyby nie to, że zajmuje się paleniem kobiet na stosie (jakoś nikt z tym problemu nie ma), a Lou jest standardową „dziewczyną inną niż wszystkie”. Mamy nawet, w imię poprawności politycznej, mulatkę, imieniem Coco (coś kiepsko z tą poprawnością i z researchem), która jest co prawda współczesna do bólu, ale też chyba najmniej papierowa.
Sugestie rozwiązań fabularnych, które serwuje nam narrator spoilerujący są subtelne jak tona cegieł, a od prób wprowadzenia humoru w postaci karczemnych przyśpiewek cierpną zęby.
Co do idiotycznych scen seksu, to myślę, że seks nago na najwyższym dachu w mieście w środku zimy byłby w stanie przebić tylko seks w rollercoasterze.
Plusy… ciekawy system magii. I da się znaleźć szczyptę historycznego klimatu, dopóki ktoś nie odkręci kurka z gorącą wodą.
Absurdalny przepis na romans w teatralnych dekoracjach ze sztampowymi bohaterami. Gniot wyjątkowy.

2 thoughts on “Mahurin Shelby – Gołąb i wąż

    1. O dziwo jeszcze nie Blask. To jest całkiem sympatyczne w warstwie literackiej (pomijając dłużyzny godne francuskiego kina i wodolejstwo). Świat co prawda dużo bardziej sprawdziłby się jako “losowa kraina fantasy inspirowana Królem Słońce”, ale swój klimat ma. Fakt że główna postać męska jest fanatykiem palącym kobiety z przekonania – i jakoś nikt nie ma z tym najmniejszych problemów jest mocno hmm…. niepokojący, mówiąc delikatnie. I owszem jest to gniot wyjątkowy – ale gniot, który dałoby się odratować jeśli redaktor zmusiłby autorkę do innych rozwiązań niż pójście po najmniejszej (i najgłupszej) linii oporu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.