Majka Paweł – Dzielnica obiecana (dwugłos)

Jak napisać książkę osadzoną w uniwersum Metro 2033, wymyślonym przez Dmitrija Głuchowskiego (Glukhovsky’ego, eh, ta angielska transkrypcja…), której akcja dzieje się w mieście, gdzie metra nie ma i długo jeszcze nie będzie – czyli w Krakowie? Pawłowi Majce się to udało, bo wykorzystał miejsce, które jest tylko tu  – tajemniczy podziemny świat Nowej Huty. Ta dzielnica rzeczywiście od początku została zaprojektowana pod kątem zimnowojennej paranoi przetrwania i obrony – zamknięte wieloboki Centrum A, B, C i D, z których każdy po zablokowaniu paru wejść stawał się osobną twierdzą, szerokie arterie, co miały rozproszyć energię atomowego wybuchu, a nawet takie oddalenie od Kombinatu, żeby obu celów naraz nie dało się zniszczyć jedną ówczesną atomówką… No i jeszcze to coś pod ziemią – schrony, wszędzie gdzie się tylko dało – schrony, podziemne tunele, magazyny, podobno też szpital – jeszcze dzisiaj na większości podwórek i zieleńców w starej części Huty widać charakterystyczne betonowe „grzybki” awaryjnych wyjść.

I właśnie w tym podziemnym nowohuckim uniwersum dzieje się akcja „Dzielnicy obiecanej”. Jest rok 2034 (chyba), czyli upłynęło 20 lat od atomowej apokalipsy. Bomba przeznaczona dla Krakowa trafiła gdzieś między Bochnią a Niepołomicami – ale to właściwie nieważne, bo wszystko wskazuje na to, że apokalipsa była globalna. Burza ogniowa, a potem nuklearna zima spowodowała, że niemal cała populacja ludzi wymarła, a ci, co przetrwali rozpadli się na izolowane grupki próbujące przetrwać na własny sposób. Jest więc Kombinat, który zazdrośnie strzeże swoich najlepszych w dzielnicy schronów i największych zasobów, jest grupa, co w okolicach Placu Centralnego próbuje w nieskończoność przerabiać i recyklować stare zasoby, których coraz mniej, są też tacy, którzy próbują się przystosować do nowych warunków i mutują w szybkim tempie. Łączności z Krakowem nie ma, tylko najodważniejsi zwiadowcy zapuszczają się gdzieś w okolice Ronda Mogilskiego.

A sama akcja – cóż, to nieśmiertelny motyw podróży i poznawania nowych miejsc i ludzi, czy może raczej istnień mniej czy bardziej ludzkich. Jest więc Federacja Schronów Starej Nowej Huty (ta nazwa, mimo pozornej sprzeczności, jest całkiem logiczna), jest sekta komunistów, rezydująca w schronie pod przedszkolem (oj, chyba Autor nie lubił swojego przedszkola…), są wyznawcy dziwnej hybrydy wierzeń starosłowiańskich i faszyzmu, są rezydenci budynku Muzeum Lotnictwa Polskiego (przy tej okazji pisarz „przylał” nieco Politechnice…). Do tego zmieniona przyroda  – agresywny siny bluszcz, zmutowane jednomyślne stada gołębi z ogromnymi pazurami, polujące nocą potężne „upiory”a, dla których punktem wyjścia były zdaje się koty. Aha, no i jeszcze promieniowanie i populacja szarych, czyli ludzkich mutantów, którzy zamienili zdolność mowy i abstrakcyjnego myślenia na potężne pazury i zabójcze instynkty. Tak, ten świat nie jest miłym miejscem, zwłaszcza, gdy miejsce zwykłych konfliktów o władzę i zasoby zajmie nowe, potężne niebezpieczeństwo.

Książkę dobrze się czyta, mimo oczywistych raf fabularnych i dość daleko idących niekonsekwencji. Dla kogoś, kto mieszka w Krakowie jest też dodatkowy smaczek – znane miejsca na powrót stają się tajemnicze i coś może z nich wyleźć  Dlatego, kiedy jedzie się przez Rondo Czyżyńskie to trzeba uważać – tam cztery metry pod ziemią siedzą KANIBALE. Brrrr

—————————————————————————————————————————————- by K.Wal

Tak się złożyło, że w czasach dawnej młodości sama łaziłam po różnych mniej i bardziej zrujnowanych schronach niemal w centrum Krakowa, więc koncept wykorzystujący istnienie schronów pod Nową Hutą trochę mi nawet w lekturze pomógł. Pamięć „dośpiewała” sobie do opisów autora własne tło, znajomość opisanych rejonów miasta też dołożyła swoje i przyznaję momentami wręcz  polowałam na opisy znanych miejsc, ciekawa, co też paskudnego autor upcha w tym czy innym sektorze. Kanibale pod rondem Czyżyńskim mnie również ubawiły setnie, a siny bluszcz na dobre zagościł w domowym katalogu… przekleństw.

Jeśli jednak wygrzebiemy się z krakowsko – nowohuckich smaczków i złośliwości ( W Krakowie nic nie przetrwało poza wielkim ZŁEM, a Kombinat jest miejscem wymarzonym? Ta, jasne Panie Autor ;P) zostaje pomysł może nie całkiem świeży, ale bardzo zgrabnie zrealizowany. Klimat i motywy Metra zostały zachowane, a przy tym nie można narzekać na wtórność, co wcale takim oczywistym nie jest.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie do… prawie samego końca, bowiem zakończenie w mojej opinii zostało zepsute. Po prostu nagle logika (która i tak jest potraktowana  całkiem luźno) wykonuje dubeltowe salto mortale i mamy zakończenie wyraźnie przygotowujące do kolejnego tomu, ale tak nielogiczne, że zęby cierpną.  W efekcie… nie wiem czy sięgnę po „Człowieka obiecanego”. Na razie jakoś nie mam ochoty wydawać pieniędzy akurat na tę książkę.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *