Sulińska Anna – Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u.

Tak naprawdę to nie wiem, dlaczego ta książka powstała. Rozumiem, że Autorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, chciała opisać dosyć zamknięty świat personelu pokładowego w PLL LOT z czasów PRL. Możliwe też, że jest powiązana rodzinnie z lotnictwem (w końcu ppłk. Romuald  Suliński służył  w polskich dywizjonach bombowych w Anglii i był dowódcą dywizjonu 300). Tyle tylko, że osoby z tego środowiska okazały się o wiele bardziej hermetyczne i nieskore do rozmów – nawet po tylu już latach – niż Autorka przypuszczała. Wygląda na to, że te starsze już teraz Panie nadal chronią jakieś megalityczne tajemnice z lat swojej pracy w samolotach. Z drugiej strony – czy to takie dziwne? W końcu w realiach PRL-u to była praca wyjątkowa – niemal codzienne wyjazdy zagraniczne, możliwość kupienia czegoś na Zachodzie, przewiezienia informacji, kontakt z cudzoziemcami, dostęp do zagranicznej prasy… Dzisiaj brzmi to dziwnie, kiedy rzeczy tak oczywiste opisuje się jako przywilej, ale tak było – w tamtym czasie i w tamtej Polsce to BYŁ przywilej. A przywileje mają swoją cenę – personel PLL LOT był pod „najczulszą” opieką władzy ludowej, a zwłaszcza jej najlepszych obrońców, czyli Służby Bezpieczeństwa. Mnóstwo ludzi tam na siebie donosiło nawzajem – jedni z obowiązku wynikającego ze stanowiska i partyjnej legitymacji, inni z przyzwyczajenia –  w końcu piloci, nawigatorzy i mechanicy pokładowi co do jednego rekrutowali się z lotnictwa wojskowego – kolejni pod wpływem szantażu, a wreszcie i tacy, którzy zwyczajnie donosili za pieniądze. Nie było to zresztą zerojedynkowe – bywali tacy, co donosili na „odwal się”, ale i tacy, którzy bardzo się przejmowali swoją rolą. Trzeba było więc bardzo uważać – co się robi, co się mówi, a zwłaszcza – komu.

Efekt tego dla książki jest taki, że Autorka zdobyła dość niewiele materiału i musiała z jednej strony trochę „sztukować” objętość jakimś rysem historycznym czy opisem projektowania i budowy dworca lotniczego na Okęciu, a z drugiej – prześlizguje się nad wieloma tematami, które są ważne, choć trudne – przemyt, donoszenie, porwania samolotów, katastrofy Iłów-62 z 1980 i 1987roku, relacje w załogach – alkohol, pary formalne i nieformalne. To o tyle zrozumiałe, że tak naprawdę chciały z nią o tym rozmawiać tylko dwie byłe stewardesy, które w latach 80-tych uciekły z PRL i trafiły do Kanady oraz jedna mieszkająca w Polsce – żona znanego kapitana Iłów-62.

Jest to opowieść o świecie, którego już nie ma i o lataniu, które już nigdy takie nie będzie – dzisiaj nie ma mowy o wyjątkowości powietrznej podróży i celebrowaniu czegokolwiek na lotniskach i pokładach. Może więc, mimo wszystkich słabości książki, czas poświęcony na jej lekturę nie był aż tak całkiem zmarnowany.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.