Matyszczak Marta – Zbrodnia nad urwiskiem

Pierwsza część przygód Gucia i doczepionego do niego człowieka nie rzuciła mnie na kolana, mówiąc delikatnie. Ale tragicznie też nie było, więc licząc na poprawę zabrałam się za drugi tom.
Okazuje się że detektyw Solański zamiast korzystać z nagłej sławy spowodowanej sprawą Marianny B. odrzuca wszystkie propozycje pracy i kontempluje powody wyjazdu Róży. Rozważania do niczego sensownego nie prowadzą a nasz bohater, z powodów nieokreślonych, w końcu postanawia przyjąć sprawę, która zmusza go do wyjazdu do Irlandii. Zaopatrzony w psią książeczkę zdrowia, adres potencjalnej zaginionej i pamiątkowe listy od zleceniodawcy mające naprowadzić go na jakiś trop rusza za morze.
Podczas podróży Guciowi zostaje najwyraźniej wgrana znajomość języków obcych, bo nie tylko rozumie, ale też czyta po angielsku i gaelicku. A że nowa wiedza musiała się gdzieś zmieścić to przy okazji zostało wymazane psie dobre wychowanie i sporo sympatyczności trzyłapego bohatera.
Podobne cuda podziały się z Solańskim, ale tu straty są mniejsze, jako że sympatyczny to on nigdy nie był. Za to teraz prowadzi do ręka boska, bo inaczej nie da się wyjaśnić sporej części jego zachowań, które mają niby doprowadzić do zakończenia śledztwa. Bohater głównie pije, snuje się po okolicy, i od czasu do czasu przypomina sobie, że ma traumę co objawia się tym razem tym, że gasi kominek wiadrem wody. Zakładam, że autorka nigdy nie próbowała gasić chluśnięciem ogniska, inaczej bohater by takich durnot nie popełniał. Poza tym – traumę to na bohater w Kryptonim: Karp. Solański ma durne, przypadkowe zachowania. Nie on jeden zresztą – Róża również robi rzeczy, których nie da się sensownie wytłumaczyć – zaczynając od samego wyjazdu bez znajomości języka po wszystkie sceny w jej nowej pracy z których wynika głównie wniosek, że co prawda żadna praca nie hańbi, ale ta akurat tak.
Ten radosny duet jak przystało na najlepszych przyjaciół praktycznie ze sobą nie rozmawia, czas umilają sobie czytaniem listów otrzymanych od zleceniodawcy, które nie wnoszą za wiele ani do fabuły ani do intrygi, na dodatek są zaskakująco współczesne biorąc pod uwagę to, że napisano je w okolicach czasowych Drugiej Wojny Światowej.
Jedynie Gucio jest zainteresowany śledztwem, a wyniki chyba przekazuje swojemu panu telepatycznie, bo inaczej nie miałby on prawa wyciągnąć jakichkolwiek sensownych wniosków z wydarzeń.
Dom w którym lądują bohaterowie to kalka kamienic z pierwszego tomu – wszyscy coś ukrywają, i zawsze jest to jakaś mroczna tajemnica, wszyscy są podejrzani i wszyscy są wyjątkowo antypatyczni. A sama Irlandia to zestaw stereotypów – klify, wieczny deszcz, grube kobiety i strugi lejącego się alkoholu to czarujący obraz jaki roztacza przed nami autorka. Może miał to być element komiczny? Podobnie jak chyba miały być elementem komicznym ciągłe upadki bohaterów, bo przewracają się wszyscy w dowodnej sytuacji i na dowolnej powierzchni, tylko przysłowiowej skórki od banana brakowało. Jest tego tyle, że momentami miałam wrażenie, że czytam opis komedii rodem z niemego kina.
Jako bonus do listy wad dochodzi też angielski, którym to bohaterowie się posługują wg opisu, jednak zapiany po polsku. I nagle zaczyna się rozjeżdżać odmiana przez osoby, która co prawda nie istnieje w angielskim, ale coś z nią trzeba zrobić po polsku. I zamiast bezosobowego„mordercy” w wersji angielskiej, pojawia się „który”, albo „która” co wypada trochę dziwnie, kiedy nie znamy płci podejrzanego.
Wszystkie wady pierwszej części są też w drugiej, niestety z dodatkiem wyjątkowo irytujących nowych. Całość czytało się koszmarnie – intryga jest prosta, mało wciągająca, śledztwo w zasadzie się nie toczy, tylko rozwiązuje samo z siebie. Bohaterowie są jeszcze bardziej antypatyczni niż byli, a całość jest męcząca i irytująca. Zdecydowanie dałabym sobie spokój z trzecim tomem gdyby nie to, że już mam go na półce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *