Michalak Katarzyna – Mistrz

mistrz-b-iext20437740

Ona niewinna, on niebezpieczny. Łączy ich zbrodnia, namiętność i tajemnica. Jedno z nich musi umrzeć…

Oto co znajdujemy na przedniej okładce Mistrza – pierwszej części “Serii z Tulipanem” Katarzyny Michalak. Niedawno Magda znęcała się nad Rokiem w Poziomce tejże autorki. Opinie na temat książek tej autorki są skrajnie wręcz podzielone – jedni się rozpływają, inni nazywają to literaturą dla kucharek. Jeszcze inni zaś nazywają to literaturą dla kucharek i są tym zachwyceni… mniejsza jednak o zboczenia innych internetowych recenzentów.

Opis na okładce przełożyłem sobie jako „będą seksy”, mentalnie zaklasyfikowałem dzieło jako harlequina i z poczuciem dokonywania aktu masochizmu zatopiłem zęby. Cóż, okładka obiecuje nam morderstwo – dzisiaj przychodzę więc do Was by je popełnić.

Dziś będzie nieco inaczej niż zazwyczaj. Między innymi – będą cytaty i spoilery. Jeśli ktoś ich nie lubi i/lub chce to dzieło pochłonąć osobiście – proponuję zamknąć niniejszy wpis. Dalej jesteście ze mną? No to lecimy.

Problemów z tą książką jest dużo. Rozbijemy je sobie zatem na główne kategorie. Zacznijmy zatem od tego, co w harlequinie powinno stanowić podstawę, rdzeń, opokę tudzież bread and butter. Mianowicie: wspomniane seksy. Jeżeli mieliście jakiekolwiek wątpliwości co do jakości opisów…

Kiepski seks boli przez całą książkę

…przedstawiam wam pierwszą kategorię.

Zaczynamy od bardzo tajemniczego faceta zlecającego bardzo tajemniczej kobiecie uwiedzenie… kolejnego tajemniczego faceta. O zleceniodawcy nie wiemy nic, o podmiocie zlecenia – też nic. Za to sama pani przedstawia nam się wręcz uroczo, bowiem za całkowicie normalny przyjmuje akt oralny jako przypieczętowanie umowy. Na dziesiątej stronie dzieła. Piątej stronie treści. Ludzie, jak ja się cieszę że moi kontrahenci jednak wolą umowy po prostu podpisywać.

Książka jest ponoć pierwszą częścią serii którą stworzy wiele autorek, pod zbiorczym podtytułem „Poważnie i Zmysłowo”. Prawdę mówiąc podczas lektury trudno mi było zachować powagę… Zaś sposób opisywania seksu na moje przynajmniej zmysły nie oddziałuje. Po prostu brak jakiegokolwiek konkretu, a schemat mielony jest w kółko. Po którymś razie trudno już czytać o „językach zanurzanych w delikatną kobiecość” oraz przemyślenia typu „Boże… jak on… całował… tam…!” Stosy wielokropków nie zastępują dobrego opisu. Napisanie post factum iż było to przeżycie prawie mistyczne też nie. Toż już Margit Sandemo pisząc swoje tasiemce zdobywała się na pieprzniejsze momenty!

Ale to jest drobnica. I to, że zaczyna się niezbyt namiętnie, a bardziej jak coś co wypuściłoby Brazzers, i to, że opisane jest to kiepsko. Nawet tempo dochodzenia bohaterów płci obojga oraz czas ponownej wydolności hydraulicznej bohaterów męskich. Wszystko to jest pryszcz i wymięka przy seksie na koniu.

Dosłownie, koniu. Cztery kopyta, ogon, te sprawy.

Przeprowadziłem konsultacje z człowiekiem który o hippice wie coś więcej niż ja, czyli nie tylko odróżnia koński łeb od ogona. Mój przyjaciel najpierw się zapowietrzył, potem – zdaje się kierowany troską o całość mojej lubej – wypytał oględnie po czorta mi to wiedzieć, parsknął śmiechem po czym popadł w ton wykładowcy akademickiego.

Ustalono otóż co następuje. Seks, hm, manualny z pasywną panią siedzącą – a właściwie leżącą – na koniu przed aktywnym panem jest mniej więcej wykonalny. Jest to jednakże obwarowane szeregiem warunków. Należy użyć siodła bez łęku bo się pani nadzieje, koń musi być dobrze ułożony i wyjątkowo wyluzowany żeby nie poniósł kiedy mu ktoś będzie wisieć na szyi lub ściśnie go łydkami, zaś pani nie bardzo mogłaby się skupić na jakiejkolwiek przyjemności, cały czas próbując nie rymnąć przez koński kark na ziemię. Mimo tego, że nikt w tej scenie nie ma zadatków na świetnego woltyżera – niech będzie, że to łykam.

Następnie jednakże akcja się rozwija i następują bardziej otwarte działania. W tym miejscu przyjaciel mój się zacukał, pomyślał, pomachał rękami w powietrzu, powstrzymał ochotę rozrysowania sobie całego tego aktu i postawił diagnozę: się nie da. Po pierwsze, pani bez bielizny na końskim grzbiecie odpada całkowicie i nieodwołalnie, chyba że chce sobie obetrzeć… wszystko od kolan wzwyż, właściwie. Po drugie, pan jeździec wedle książki jest w dżinsach; oprócz tego że do jazdy konnej jest to strój niezbyt odpowiedni, używany w ten sposób (mianowicie: temat przez rozporek i akcja) grozi ucięciem sobie tego i owego. Po trzecie – państwo będą się na koniu poruszać ruchem sinusoidalnym. Większość (ujeżdżonych) koni uznaje to za sygnał do przyspieszenia kroku. A nawet jeśli nie – przypominam problem ze ściskaniem konia łydkami.

Krótko mówiąc: nawet gdyby nikt sobie nic wcześniej nie uszkodził – jakimś cudem – to koń by poniósł. Mniej więcej tak, jak autorkę poniosła tutaj wyobraźnia.

Temat seksu odfajkowany. Uff, ulżyło mi trochę. Czas na rozdanie nagród w drugiej kategorii:

Medycyna (mocno) alternatywna

W wyniku działań mafijnych organizacji którą roboczo zwykłem nazywać Latający Cyrk Cypryjskich Gansterów pewna pani imieniem Sonia dostaje parę razy ręcznie, a na koniec kulkę. Kulkę zresztą tylko dlatego że próbowała uciekać, bo Latający Cyrk chciał ją przygarnąć. Nie, nie wiem po co (wrócimy zresztą jeszcze do tego). Mam taką teorię, że strasznie im się własne gęby opatrzyły i chcieli jakąś nową.

W każdym razie – żeby Sonii nie bolało, Naczelny Bonzo Latającego Cyrku aplikuje jej jakiś super hiper nowy narkotyk o nazwie „Złoty Pył”. Tej nazwy się uczepię: brzmi jakby było w proszku. Znajduje się w „płaskiej paczuszce”. Następnie zaś – bez żadnej informacji o zmianie stanu skupienia tegoż – mamy aplikację rzeczonego strzykawką. Ot – technika.

Pozwolę sobie też dodać, że aplikujący ten narkotyk Naczelny Bonzo ma, zdaje się, rentgen w oczach i stabilizatory w nadgarstkach. Nie wiem jak Wy, ale ja sobie trafienia strzykawką w żyłę na przedramieniu, od kopa, w jadącym samochodzie, PRZEZ BLUZKĘ, nie wyobrażam bez takich supermocy. Jeszcze raz podkreślam: tego nie robił lekarz, tylko jakiś tam facecik na co dzień trudniący się gangsterką.

Dlaczego nie robił tego lekarz, skoro – jak się okazuje – był takowy na miejscu? Może i lepiej że tego nie robił, bo z niego taki doktor, jak ze mnie dywan perski. Paweł – bo tak się nazywa ten stwór niegodny miana felczera w Bambołach Wielkich – panience pod wpływem nieznanego, nowego narkotyku z lekkimi tylko oporami ładuje amytal sodu, czyli tak zwane serum prawdy. Panienka jest jednakże wylogowana z rzeczywistości (któż by się spodziewał), więc na wierzch dorzuca jeszcze tramadol. Dla równego rachunku chyba.

W to, że po takim koktajlu Sonia doznała wstrząsu anafilaktycznego, jeszcze uwierzę. Dalej jest jednak… dziwnie. Litościwie pominę lekarza używającego kolokwialnego terminu „szok anafilaktyczny”. Nie odpuszczę jednak tygodniowej śpiączki po rzeczonym wstrząsie, wszystkie źródła bowiem mówią jasno: pacjentowi który mu ulegnie NIE WOLNO pozwolić zasnąć. Spanie przez tydzień po wstrząsie anafilaktycznym – okej, pewnie się da. Tylko raczej nam się delikwent nie wybudzi po tygodniu. Ani po miesiącu. Ani kiedykolwiek, bo znacznie wcześniej osiągnie temperaturę pokojową.

Do kategorii „kiepska medycyna” pozwolę sobie też zaliczyć metodę torturowania więźnia przez przewiercanie gałki ocznej. No, nie wiem, nie wyobrażam sobie. Może kat miał dyplom z mechaniki precyzyjnej, inaczej nie da rady. Perełką wiedzy medycznej w tej książce jest zaś metoda budzenia nieprzytomnego po urazie głowy:

– (…) musisz ocucić Pawła. Możesz go uderzyć w twarz, kopnąć między nogi albo oblać morską wodą, zrób co chcesz, byle odzyskał przytomność.

Podkreślmy tutaj, że mówi to ktoś kto Pawłowi życzy jak najlepiej i po prostu potrzebuje żeby się pozbierał, bo sytuacja się robi podbramkowa. Yyy… nie. Dwa pierwsze pomysły co najwyżej mogą spowodować większe obrażenia. Ten ostatni na pierwszy rzut oka nie wygląda tak źle – dopóki nie wie się, że nieprzytomny Paweł ma ranę CIĘTĄ na tym swoim kubełku zwanym, w jego przypadku niezbyt słusznie, głową. Może i się nie uszkodzi, ale niefortunne chlapnięcie tą wodą może doprowadzić do zachłyśnięcia. Na pewno zaś ocucony podziękuje za zalanie mu rany na głowie SŁONĄ wodą.

Szczęśliwie (albo i nie, sam nie wiem) wkrótce po początku książki medycyna alternatywna ustępuje miejsca większym ilościom kiepskich seksów. Troszkę mnie tu bolą te nieścisłości medyczne. Po pierwsze – o medycynie wiem tyle, co duży chomik, a kilka spacerów po Wikipedii spowodowało że chyba lepiej ogarniam temat wstrząsu anafilaktycznego niż autorka. A przynajmniej lepiej niż się ona do tego przyznaje. Dodatkowo na niekorzyść przemawia tutaj fakt, iż Katarzyna Michalak z wykształcenia jest lekarzem weterynarii – ja wiem, to jak świnka i świnka morska, nie musi się znać na ludziach. Ale pewne rzeczy powinny z racji samego zboczenia zawodowego zgrzytać na pierwszy rzut oka…

Nie gubmy się jednak w domysłach. Zamiast tego przejdźmy do trzeciej i ostatniej kategorii:

Użyj mózgu, Luke

Komplet bohaterów zachowuje się, jakby miał w głowach siano. Od czasu do czasu, kiedy zderzą im się ze sobą te dwie ostatnie szare komórki, zdarza im się przebłysk, ale jest to sytuacja ekstremalnie rzadka. W przypadku większości bohaterów męskich złe decyzje zazwyczaj powoduje myślenie Kapitanem Fantastycznym, który to sport uprawiają wszyscy 24/7. Co się tyczy bohaterek… Ot, sprawa jest złożona. Weźmy ten rzadkiej urody cytat:

Ale przecież nie była księżniczką z lodu! Zachowała do dziś dnia dziewictwo tylko dlatego, że nie otrząsnęła się do tej pory ze śmierci rodziców.

Er… powiedzmy, że rozumiem odmawianie sobie uciech różnego gatunku – w tym cielesnych – ze względu na żałobę. Jest to jednakże przedstawione tak, jakby naszej bohaterce w sytuacjach intymnych stawał w oczach świętej pamięci Pan Ojciec, kręcący głową z niezadowoleniem. Szybko jej jednak przechodzi, a zaraz potem okazuje się też skrajną materialistką. Wkrótce po tym, jak zagina na Naczelnego Bonzo Latającego Cyrku Cypryjskich Gangsterów parol, widzi jak tenże obcałowuje się z inną kobietą. Jaką? Oczywiście tą od podpisywania umowy ze strony dziesiątej. Hajs się nie zgadza, toteż Sonia wykorzystuje pierwszą okazję do strojenia foszka:

– Któregoś wieczora na plaży wyglądaliście jak para zakochanych – zauważyła cicho, spuszczając wzrok. – Nie miałeś nic przeciwko, żeby…

– Soniu, proszę, byś czyniła ze mną honory gospodarzy domu – powtórzył. – Tylko tyle. Andżelika [to ta od umowy] przygotuje cię do tej roli, bo ona na pewno imprezowała co okazja. Poproszę Vincenta… – tu zawahał się, ale mówił dalej – by zabrał was obie na zakupy. Potrzebna ci będzie suknia wieczorowa. Polecicie do…

Nie dokończył, bo Sonia zawisła mu na szyi, obcałowując policzki. Piszczała przy tym jak mała dziewczynka w sklepie z zabawkami.

…o mały włos, a brakłoby mi słów. Więc Andżelika jest be, i Naczelny Bonzo też jest be, ale pomachaj jej przed nosem wizją zakupów w towarzystwie tej pierwszej za kasę tego ostatniego i wszystko jest cacy. Myślałem że zakupy jako lekarstwo na wszelkie zło znajduje się jedynie w opowiadankach nastolatek publikowanych w serwisie blogowym Onetu.

Przy okazji zakupów uderza też zresztą kreacja bohaterów subtelna jak kafar:

Wróciły wieki później. Andżela nadal z naręczem ciuchów, Sonia z jedną, wyglądającą skromnie, suknią z białego jedwabiu.

Czy ktoś jeszcze, proszę wycieczki, ma wątpliwości która bohaterka jest cacy, a która to wredna zdzira? Co jeszcze zabawniejsze, w mojej wersji tej książki zaplątało się takie jak powyżej wytłuszczenie. Zakładam że to przypadek. Nie, wróć. Ja mam szczerą nadzieję, że to przypadek, bo wcale nie musi. Bohaterowie tej książki są z papieru, mają tylko jeden wymiar. Andżelika jest wredną zdzirą, Sonia jest wycofaną mameją. Naczelny Bonzo jest zaś od samego początku tak czarny, że aż musi być sekretnie biały. Tak mi podpowiadał od samego początku książki ten dodatkowy zmysł który wyrabiają sobie gracze w Dungeons & Dragons. No wiecie, ten który podpowiada żeby jednak nie wkurzać wioskowego głupka, bo Mistrz Gry to dowcipna mała cholera. Czy miałem rację? A jak sądzicie…?

Oczywiście na końcu jest sytuacja podbramkowa, ktoś dostaje kulkę, ktoś się przekręca, tamci źli są bardziej źli, niektórzy wcale nie byli źli, a jeszcze inni są źli bo tracą fortuny lub trafiają do więzień. Z bohaterów pierwszoplanowych iście martinowską masakrę na ostatnich stronach przeżywa dwóch. Wszyscy źli hurtem urządzają na nich polowanie, bo… bo mogą, najwyraźniej. A emocjonujące jest ono tak, że… aż zostało pominięte. Serio. Polują na nas – ciach – jest rok później i dostajemy ciążę, wielką miłość, okresy żałoby i domki z białym płotkiem. Udało się, skończona lektura, nie zwichnęliśmy sobie szczęk od ziewania.

Postuluję wprowadzenie nowej kategorii książki. Mianowicie: pulp harlequin. Znajduje się poniżej harlequina i nie należy jej czytać nawet w sposób ironiczny po to żeby się pośmiać (w przeciwieństwie do normalnego harlequina – różne „wbił się w nią potężnie” są w końcu całkiem pocieszne). Odradzam, nie czytajcie. Zapobiegnijcie zbrodni – uchrońcie szare komórki przed brutalnym mordem…

P.S. Koniec końców nie dowiadujemy się kto jest tytułowym mistrzem. Słowo to bowiem pada w książce dwukrotnie: raz ktoś zostaje nazwany mistrzem kłamstwa, a raz – mistrzem pieprzenia. I za żadnym razem nie ma to większego sensu.

One thought on “Michalak Katarzyna – Mistrz

  1. Jedna mała poprawka. Inkryminowany tekst z harlequina, który przyprawił drogi Autorze twoją matkę o spazm radości brzmiał nie : „wbił się w nią potężnie”, ale „wszedł w nią potężnie” – jak nie trudno się domyśleć po takim tekście zobaczyłam drzwi z futryną zwisające z… no właśnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *