Nawiedziny. Antologia Farenheita.

Tym razem zacznę nietypowo, bo od okładki. Nie wiem jak dla Was, dla mnie okładka stanowi istotną część książki. Ba, czasem wręcz decyduje o sięgnięciu po publikację. Okładka Nawiedzin zdecydowanie do sięgnięcia nie zachęca. Raz, że jest w konwencji biuściastych, mniej lub bardziej roznegliżowanych bab, dwa, ten rozmazany makijaż, który grafikowi najwyraźniej kojarzy się z duchami, upiorami, oraz nawiedzinami w ogólności. Mnie się nie kojarzy. Mnie się kojarzy z pretensjonalnym i niechlujnym „babu” stylizującym się na gotkę. Awć. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że Nawiedziny to książka sprzed bagatela dziesięciu lat.  Sięgnęłam po nią głownie z ciekawości, żeby zobaczyć co też zostało z tamtych lat i kto z „tamtych” autorów się ostał. W Nawiedzinach mamy 13 autorów. Z ręką na sercu – zdecydowanie kojarzę dwa nazwiska. Martyna Raduchowska i Marta Kisiel to autorki których przedstawiać ani reklamować nie trzeba. Tytułowe Nawiedziny tej ostatniej to bodaj najlepsze opowiadanie w całej antologii. Dowcipne, inteligentne, napisane świetną polszczyzną i mocno w klimatach wyliczanki „przyszedł duch, babę buch, baba w kwik a on znikł”. Poproszę więcej. Shade Martyny Raduchowskiej jest bardziej mroczne, mniej fajerwerkowe, ale równie „czytalne”.

Z pozostałych jedenastu autorów kojarzyłam jeszcze Andrzeja W. Sawickiego. Jego opowiadanie Do głębi serca, to bardziej postapo, niż opowieść z duchami w tle. Sam koncept ciekawy, ale autor nie ustrzegł się dłużyzn. Po raz kolejny doszłam do wniosku, że niedopowiedzenie jest w literaturze zdecydowanie mniej szkodliwe niż nadmiar tłumaczenia, zwłaszcza gdy  ten nadmiar w dodatku za bardzo skumał się z filozofią. W podobnym tonie choć zdecydowanie mniej przegadane jest zamykające antologię opowiadanie Zapach prawdziwych róż Karoliny Majcher. Tu mam trochę pretensji do redakcji – dawanie dwóch opowiadań w tej samej stylistyce i eksploatujących zbliżony pomysł to zdecydowanie zły pomysł, psujący przyjemność z czytania. Karolina Majcher przepadła gdzieś w mrokach pisarstwa, a szkoda bo jej , to całkiem nieźle napisane opowiadanie w klimatach postapo.  Z pozostałych opowiadań na wyróżnienie zasługuje moim zdaniem jeszcze Dom nad Przepaścią Tomasza Kiliana – kolejnego „zaginionego w akcji” autora. Przejmujące opowiadanie z ekologią w tle i motywem zemsty starych bogów, bardzo dobrze napisane, mroczne, niepokojące, z przesłaniem. Chętnie przeczytałabym coś jeszcze tego autora.

Pozostałe 8 opowiadań nie wywarło na mnie wielkiego wrażenia. No może jeszcze Leśniczówka „Zadupie” Krzysztofa Baranowskiego nie zasługuje na wpakowanie do worka pt. „opowieści nijakie”. Być może jego opowiadanie odebrałabym jeszcze lepiej gdyby nie fakt, że w tym samym zbiorze przyszło mu konkurować z Martą Kisiel. Oboje autorów stworzyło opowiadania w podobnej  grozowo – groteskowej konwencji, ale Marta bije swojego oponenta stylem i lekkością.

Na koniec „naszła mię refleksja”.  Jak bardzo zmienił się styl pisania i tematyka szeroko pojętej fantastyki przez te 10 lat.  Zalała nas fala przeciętnych tworzonych „pod młodego czytelnika” powieści i opowiadań, prostych, schematycznych, pisanych polszczyzną nie najwyższych lotów. Trudno znaleźć coś oryginalnego, jeszcze trudniej zachwycić się urodą języka.

A szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *